Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2007 » 12 » Edward Okuń i Młoda Polska



Edward Okuń i Młoda Polska

Edward Franciszek Mateusz Okuń herbu Belina, jak na szlachcica przystało, niechętnie zmieniał zdanie. Szczególnie jeśli chodziło o sztukę. Za żadne skarby nie chciał wychylić nosa poza swoją piękną, kolorową bajkę.

Malarskie nowości i eksperymenty były mu stanowczo nie w smak. Nie znosił Cézanne’a, gardził Matisse’em i Gauguinem, a inspiracje sztuką prymitywną napawały go odrazą. Właściwie urodził się o pół wieku za późno, bo najlepiej czułby się wśród natchnionych prerafaelitów wzdychających do swoich rudowłosych Ofelii i bladolicych Beatrycze. Mógłby do końca bujać w obłokach, omdlewać z zachwytu i nigdy nie schodzić na ziemię. Niestety, los chciał, że za życia Okunia świat przeszedł całkowitą metamorfozę. Zabrakło na nim miejsca dla driad i księżniczek o oczach pełnych tajemnic. Wojna zmiotła z powierzchni ziemi zaczarowane wieże, a rycerze w lśniących zbrojach nie wrócili z pola walki. Ale ten niepoprawny „nastrojowiec-liryk” nie chciał przyjąć do wiadomości, że nic już nie jest takie jak przedtem – na obrazie „Wojna i my” sportretował się z żoną, w czarnych strojach, pośród kłębowiska wężowych splotów i motylich skrzydeł. Tak, jakby wojna była bajką. Złą, okrutną, ale jednak bajką. Trudno się dziwić – Okuń całe życie mitologizował otaczającą go rzeczywistość. Sierota, szlachcic, mason, patriota „starej szkoły”, amator włoskich pejzaży i miedzianych loków pani Okuniowej, którego na ziemię ściągnęła dopiero zabłąkana kula. Kim był człowiek, wraz z którym odeszła epoka Młodej Polski?

Przyszedł na świat 21 września 1872 roku, w majątku niedaleko Warszawy. Szybko stracił rodziców – ojciec zmarł, gdy Edward miał sześć lat, matka – kilka lat później. Chłopak zaczął uciekać przed bólem w marzenia. Mógł sobie na to pozwolić; odziedziczył tyle pieniędzy, że nie musiał zawracać sobie głowy tym, co ile kosztuje. Zamiast gniewać się na świat – wybierał z niego rzeczy najpiękniejsze, kompletnie ignorując brzydką „resztę”. Wiecznie rozmarzony, „rozpoetyzowany” pierwszego prztyczka od życia dostał w gimnazjum, z którego wyrzucono go za rozmowy z kolegą… po polsku (bardzo poważne przewinienie w tamtych czasach). Szybko zapomniał o tym niemiłym incydencie i zabrał się do spełniania swoich marzeń. Zawsze chciał malować, więc zapisał się do Klasy Rysunkowej Wojciecha Gersona. Gdy znudziło go ciągłe szkicowanie „klasycznych gipsów”, przeniósł się na akademię w Krakowie. Kiedy tylko okazało się, że i tam bez gipsów ani rusz, panicz Okuń spakował kufry i ruszył po nauki w świat. Najpierw do Monachium, gdzie przetestował prywatne szkoły Stanisława Grocholskiego i Antona Ažbego, a potem, jakżeby inaczej, do Paryża, do słynnej Académie Julian. Trudno mu jednak było usiedzieć dłużej w jednym miejscu, a że nie musiał przejmować się kosztami, zmieniał szkoły jak rękawiczki. Przerwy w nauce wykorzystywał zaś na podróże „inspiracyjne”: a to do Bretanii, a to na Węgry, do kolonii artystycznej Szymona Hollósy’ego (właściciela prywatnej szkoły malarstwa w Monachium, któremu też jakiś czas płacił czesne).




Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.