Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2008 » 02 » Ulubieniec Delacroix
Ulubieniec Delacroix
Gdyby położył uszy po sobie i podporządkował się woli ojca, zostałby adwokatem albo dobrze opłacanym urzędnikiem. Czekałoby go życie wygodne i nudne jak flaki z olejem. Los jednak chciał inaczej. Zamiast ślęczeć przy biurku, Rodakowski tryumfował na paryskim Salonie. Odbierał hołdy od samego Eugene Delacroix, a w wolnych chwilach wydawał pieniądze zarobione przez pierwszego męża swojej połowicy, baronówny von Salzgeber. Oczywiście te dobrodziejstwa nie spadły z nieba. W ich osiągnięciu dopomogły Henrykowi talent, silna wola i kilka zbiegów okoliczności. Początki były trudne. Jego ojciec, wzięty lwowski adwokat, ciężko pracował na swój sukces. Zaczynał od zera, by po latach dorobić się małej fortuny. Udało mu się nawet wystarać o odpowiednią (czytaj: bogatą) żonę. Malutka, pulchna i wesolutka Maria z Singerów była przeciwieństwem męża, jednak bez problemu się dogadywali, na co najlepszym dowodem była szóstka potomstwa. Rodakowski senior starannie zaplanował życie każdego z dzieci. Zgodnie z tym planem w 1833 roku dziesięcioletni Henryk został umieszczony (jak jego dwaj starsi bracia) w Theresianum, wiedeńskiej szkole-zakładzie wychowawczym kształcącym przyszłych urzędników i mężów stanu. Nikogo nie obchodziło, że czuł się tam źle. Szkoła cieszyła się doskonałą opinią, panowała w niej żelazna dyscyplina, a na dodatek patronatem objął ją sam cesarz! Cóż przy takich rekomendacjach znaczą fanaberie dzieciaka?
Henryk jednak nie dawał za wygraną. Dwa razy próbował uciec. Bezskutecznie. Wreszcie, osłabiony stresem, poważnie się rozchorował. Po jakimś czasie doszedł do siebie, ale od tamtej pory uskarżał się na słabą pamięć. Jednak miesiące spędzone w łóżku na coś się przydały – Henryk zaczął rysować i odkrył w sobie pasję oraz talent, które miały zmienić jego życie.
W 1841 roku Rodakowski grzecznie zdał maturę i zapisał się na studia prawnicze. A potem jeszcze grzeczniej poprosił ojca o zgodę na… równoczesne studiowanie malarstwa. Do prośby dołączył kilka malowanych olejami studiów głów, na dowód, że potrafi posługiwać się pędzlem! Prośba została rozpatrzona pozytywnie i Henryk mógł uczyć się u wziętych wiedeńskich artystów. Dla przyjemności, rzecz jasna, bo miał być prawnikiem i już. Tyle że sztuka już dawno wygrała wojnę o jego serce. Studia prawnicze dociągnął do końca, ale potem uznał, że już dosyć podporządkowywania się. Wyjechał do Paryża, do pracowni Leona Cognieta – malarza cenionego wówczas wyżej od Ingresa i Delacroix – który skupił wokół siebie grupę polskich uczniów. Rodakowski wsiąkł w życie polskiej emigracji, a każdą wolną chwilę spędzał przy sztalugach. Tatuś nie był zachwycony. Z „fanaberiami” syna pogodził się dopiero, kiedy w 1850 roku Henryk odwiedził rodzinny Lwów. Okazało się, że całe miasto pragnie poznać „młodego malarza z Paryża” i rozpływa się z zachwytu nad jego obrazami. Ten sukces towarzyski oraz namalowany wówczas „Portret ojca” przekonały surowego rodzica, że Henryk ma większą szansę odnieść sukces jako artysta niż jako urzędnik.
Z ojcowskim błogosławieństwem Rodakowski ruszył na podbój Europy. Zgłosił obraz na Salon i odniósł spektakularny sukces. Za „Portret generała Henryka Dembińskiego” otrzymał złoty medal I klasy (był pierwszym i jedynym obcokrajowcem tak wyróżnionym na Salonie). Wniosek o przyznanie mu nagrody złożył sam Eugene Delacroix. Rok później furorę zrobił „Portret matki”. Krytyka piała z zachwytu, a Delacroix oświadczył wszem i wobec, że obraz jest „prawdziwym arcydziełem”, które jako jedyne rekompensuje „smętne” wypociny reszty uczestniczących w Salonie artystów.



