Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2008 » 03 » Pasja łączenia



Pasja łączenia

Millena wyjechała na Zachód dwadzieścia lat temu jako studentka prawa i została wziętym... architektem.

Zachodni Londyn – spokojna dzielnica, bardziej „do mieszkania” niż tętniące życiem City. W pobliżu zdumiewająco wiele parków i zieleńców.

Idziemy typową ulicą z wiktoriańskimi domami – każdy z niewielkim gankiem i długim, wąskim ogrodem z tyłu. Drzwi otwiera Millena Davies, żywiołowa brunetka. Nic dziwnego, że nie czuła się spełniona, ślęcząc godzinami nad kodeksami. Kiedy zamieszkała w Londynie, zmieniła fach i została architektem.

Już jako ośmiolatka podpowiadała rodzicom, co w domu zmienić, a jej pokój zawsze był najładniejszy w okolicy. Później każde mieszkanie przerabiała, przemalowywała, dopasowywała do swojej wizji. „Poprawki” Milleny robiły wrażenie na znajomych i podnosiły wartość mieszkań. Przyjaciele chętnie prosili ją o pomoc przy urządzaniu.

Jednak dopiero dom, w którym mieszka z córkami: 15-letnią Olą i 11-letnią Kają, okazał się prawdziwym wyzwaniem. Kupiła kompletną ruinę – niektóre ściany zburzone, wszędzie pełno gruzu – kiedy otworzyła drzwi wejściowe, widać było ogród. Teraz dom z zewnątrz niczym nie różni się od sąsiednich, za to w środku trwa nieustająca rewolucja. Opiera się jej tylko kuchnia, od dziesięciu lat w tym samym stylu. Pewnie dlatego gospodyni nie ma do niej serca. Uwielbia ruch i zmiany, a jej dom to miejsce wnętrzarskich eksperymentów, którym bacznie przyglądają się córki. – To one są najważniejszymi, a nieraz i najbardziej surowymi krytykami moich poczynań – wyjaśnia.

Millena łączy najróżniejsze, czasem wręcz nieprawdopodobne style, kolory i formy. Meblom po przejściach daje nowe życie, żartuje, że często znacznie ładniejsze. Złoci je maluje, obija tkaninami. Kategorycznie wystrzega się gotowych zestawów. Nawet jeśli kupuje komplet mebli, od razu go dzieli. I tak nowoczesny włoski stół stoi w towarzystwie krzeseł w „ludwikowym” stylu. A te od kompletu czekają na swój czas. Może kiedyś przydadzą się gdzie indziej...

W domu Milleny z miejsca na miejsce wędrują meble i bibeloty. Nic nie jest tu raz na zawsze. Tak jak w życiu. Przypominają o tym czarno-białe fotografie Roberta Wolańskiego, przyjaciela rodziny, które przedstawiają domowników w różnych ważnych chwilach. Co jakiś czas zdjęcia się zmieniają, tak jak zmieniają się oni sami.

Tekst i stylizacja: Aśka Ciesielska
Fotografie: Daniel Barczyński




Komentarze (1)

  • Maciej
    Przykład eklektyzmu,który jest tylko pozornie łatwy w aranżacjach wnętrz.Ta nie łatwa sztuka udała się w tym przypadku i zaowocowała w zdecydowanej większości pomieszczeń.Na szczególną uwagę zasługuje wyjątkowy charakter przedpokoju z rodzajem windy-szafy czy też innego przeznaczenia(?!)choć listwa przypodł. u podstawy,sugerowałaby raczej szafę.Bardzo ładna jest sypialnia,która w pewnym sensie,stanowi wizytówkę wrażliwości i poczucia piękna właścicielki.Ciekawe rozwiązania niesie ze sobą salon.Piękna,gzymsowa sztukateria,kolumna i inne meble w"ciepłej uśmiechu oprawie"!!!Krytycznie odnoszę się tylko(lub aż)do kuchni.Modrakowa kolorystyka(nawet tylko w przełamaniu)nie należy do moich ulubionych i wprowadza trochę zimna,surowości.Jest jakby oderwana od całości.Ogólnie dom robi wrażenie przytulnego z ciepłą atmosferą.Pozdrawiam!

    Środa, 11 czerwca 2008, 18:25

Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.