Franciszek Żmurko malował półnagie, omdlewające z rozkoszy kobiety. Jak
to się stało, że zdobył szczere uznanie pruderyjnej, okutanej od stóp
do głów w gorsety i fraki publiczności?
Dziś mało kto o nim pamięta, nikt nie wymieniłby go jednym tchem obok Malczewskiego, Boznańskiej czy Wyczółkowskiego. Ale kiedy żył, pisano o nim „artysta natchniony, o szerokim locie skrzydeł”. Na jego wystawy waliły tłumy, a zachwyceni krytycy nazywali go tym, który „podtrzymuje za granicą honor malarstwa polskiego”.
Rzeczywiście, Franciszek Żmurko był ceniony nie tylko w Polsce. Jego obrazami zachwycała się cała Europa, a zamówienia przychodziły nawet z dalekiej Ameryki. Obsypany nagrodami i wychwalany pod niebiosa, wiódł wygodny żywot gwiazdy i utwierdzał się w towarzyszącym mu od wczesnej młodości przekonaniu, że jest wielkim artystą.
Jego malarstwo miało na polską publiczność niemal hipnotyczny wpływ – jakimś cudem nikt nie dopatrzył się niczego zdrożnego w pełnych nagości i erotyzmu płótnach. Słowo „bezwstydny” nikomu nawet nie przyszło na myśl; zwano za to Żmurkę „malarzem-poetą, który jak nikt inny wyśpiewuje czarowny wdzięk i piękność ciała kobiecego”.
Panie uwielbiały go za malarskie hołdy składane ich płci, wśród panów zaś zapanowała moda na tzw. „główki” – studia rozerotyzowanych dam lub tęsknych niewiast, często w niekompletnym odzieniu. Nieposiadanie w gabinecie „pełnego stylu i smaku studium Żmurki” przez wiele lat uchodziło za towarzyskie faux pas. Popyt był tak duży, że nie starczało oryginałów i z kopiowania „główek” utrzymywało się spore grono adeptów sztuki malarskiej.
Franciszka nie dziwiło to szaleństwo. Sukces miał we krwi. Jego ojciec, Wawrzyniec, też szedł przez życie przebojem, choć talent objawił się na zgoła odmiennej płaszczyźnie – był matematykiem, znanym wynalazcą, profesorem Uniwersytetu Lwowskiego i Politechniki Lwowskiej. Błyskawicznie przebył trudną drogę z chłopskiej chałupy w Jaworowie na salony międzynarodowej inteligencji. Miał dwadzieścia pięć lat, kiedy mianowano go docentem Politechniki Wiedeńskiej, a dwadzieścia siedem, gdy jako pierwszy Polak w historii objął katedrę matematyki na Akademii Technicznej we Lwowie.
Nauczył Franciszka, że aby odnieść sukces, należy cenić się wysoko, stronić od kompromisów i wytrwale pracować. Kiedy zauważył, że syn ma talent plastyczny, postanowił kształcić go w tym kierunku. I tak Żmurko junior zamiast, jak wielu przyszłych malarzy tamtych czasów, słuchać biadoleń o „nieopłacalnym zawodzie” i „młodzieńczych mrzonkach”, chodził na prywatne lekcje do samego Franciszka Tepy, ulubieńca lwowskich elit.
Radził sobie znakomicie i wkrótce wysłano go do Krakowa, do Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie rozpoczął studia pod kierunkiem Jana Matejki. Od początku marudził, że krakowska szkoła tylko go ogranicza. Umierał z nudów, szkicując gipsowe odlewy klasycznych rzeźb. Niecierpliwy, rozdrażniony, głośno mówił, że potrafi o wiele więcej niż koledzy z roku i ani myśli uczestniczyć w głupich, monotonnych ćwiczeniach z rysunku. Po kilku miesiącach spakował się i popędził do Wiednia, gdzie po krótkim epizodzie na akademii postanowił uczyć się sam. Poszukiwania godnej jego talentu szkoły zawiodły go wreszcie do Monachium.