Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
bania
Po prostu ... pierwsza liga!Sobota, 17 października 2009, 14:08
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2008 » 04 » Rezydencja strojna w antyki
Każdy ma swoje magiczne miejsce. Dla Anny Wróblewskiej od dzieciństwa był nim Wawer – tu mieszkał jej ulubiony szkolny kolega, tu odbywały się niezapomniane prywatki, kuligi i ogniska i w końcu tylko tu dzikie tereny wokół Wisły przypominały jej ukochane Mazury.
Kilkanaście lat temu zupełnie przypadkiem poznała właścicieli jednego z uroczych wawerskich domów i umówiła się z nimi, że jeśli kiedykolwiek będą chcieli go sprzedać, dadzą jej znać. Lata mijały, a Anna o umowie zapomniała. Któregoś dnia niespodziewanie zadzwonił telefon i okazało się, że posiadłość jest do kupienia. Tak posiadłość, nie ma w tym cienia przesady! Jak na Warszawę działka była wręcz ogromna: dwa hektary ziemi z domem, do którego prowadziła piękna dębowa aleja. Może tylko dom jak na posiadłość był ciut za skromny. Anna poczekała trzy lata, dobrze go poznała, sprawdziła jak wędruje po nim słońce i zarządziła rozbudowę – po pięć metrów z każdej strony. Z pomocą najlepszych fachowców.
Sama wszystko rozrysowała na kartce i oddała ją przyjaciółce Krystynie Medalis, architektce, która przez wiele lat czuwała nad konserwacją Saskiej Kępy. A ona już zrobiła co trzeba. Robót sztukatorskich (kolumny i kominek) pilnował historyk sztuki Bohdan Radziunia, a wykonali je ludzie zatrudnieni przy odbudowie Zamku Królewskiego. Do dziś widać, gdzie przebiegała granica starego domu – dzięki drewnianej podłodze, bo dobudowaną część wyłożono marmurami. Urządzeniem zajęła się już właścicielka, bo to jej pasja.
Przez lata zbierała stare meble, obrazy, rzeźby i porcelanę. Jej słabość dobrze znają antykwariusze i co rusz podrzucają jakieś rarytasy. – Uzależniłam się od tych starych przedmiotów. Dzięki nim, choć często zmieniam domy, w każdym czuję się u siebie. Poza tym bez problemu urządzę każde mieszkanie – tłumaczy Anna. Rzeczywiście, w jej przypadku to ważne, bo ma za sobą już jedenaście przeprowadzek.
– Starocie to samograj, trzeba tylko mieć dobre antyki – przekonuje. I Anna takie ma: XVIII-wieczne skrzynie i sekretery misternie intarsjowane, z mnóstwem schowków-szufladek, niezwykle rzadko spotykany gobelin z XVII wieku, do tego XIX-wieczne i współczesne obrazy. Tych ostatnich u niej nie brakuje, bo z córką Ewą obdarowują się nimi zawsze na Gwiazdkę. I tak pojawili się m.in. Rafał Olbiński, Franciszek Starowieyski, Hanna Bakuła.
Osobliwą historię mają zresztą nie tylko meble, ale cały dom. Jest dobrze znany dyplomatom i artystom, bo przez wiele lat mieszkali tu po kolei ambasadorowie: Brazylii, Korei Południowej i Unii Europejskiej. Po tym ostatnim „lokatorze” została jadalnia w stylu kolonialnym. Anna odkupiła od ambasadorowej wszystkie meble w komplecie, bo idealnie pasowały. Inne „pamiątki” po dyplomatach to kilka małych saloników, kącików wypoczynkowych, dodatkowe lodówki w piwnicach i duże wejście z ogrodu do kuchni, które kiedyś służyło kelnerom. Wszystko potrzebne było poprzednim mieszkańcom, którzy przyjmowali tu niezliczonych gości.
W latach czterdziestych willę nazywano, „Kika”, ale Anna mówi o niej „moja Tara”, bo tak jak Scarlett O’Harze daje jej siłę do działania.
Tekst i stylizacja: Katarzyna Mackiewicz
Fotografie: Hanna Długosz
Sobota, 17 października 2009, 14:08
Sobota, 14 marca 2009, 15:41
Czwartek, 09 października 2008, 19:03
Niedziela, 24 sierpnia 2008, 03:19
Środa, 06 sierpnia 2008, 23:06
Piątek, 04 kwietnia 2008, 17:47
Piątek, 21 marca 2008, 09:19
Czwartek, 20 marca 2008, 18:04
Wtorek, 18 marca 2008, 16:08
Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.