Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2008 » 06 » Nowojorskie atelier



Nowojorskie atelier

Tę opowieść można zacząć tak: za górami, za lasami w Nowym Yorku...
W samym sercu city, gdzie każdy centymetr ziemi wart jest tysiące dolarów, znajdziemy pracownię, a w niej szpakowatego malarza z pędzlem w dłoni.

Oto współczesna bajka o Rafale Olbińskim. Bajka, która miała mieć swój początek w zupełnie innym miejscu. Jako uczeń liceum plastycznego w Kielcach marzył o artystycznym życiu w stylu la boheme, o drewnianym poddaszu bez wygód, rzecz jasna, w Paryżu na legendarnym Montmartrze. Jednak przypadek sprawił, że wziętego już w Polsce grafika stan wojenny zastał w Nowym Jorku. Od tamtej pory minęło trzydzieści lat, a wymuszona emigracja szybko zamieniła się w fascynację nowym domem.

Jego poetyckie i metaforyczne obrazy zdobyły uznanie na całym świecie. Nic dziwnego, przecież nawet dorośli lubią bajki, tym bardziej gdy są o kobietach. Czasem wydaje się, że największy problem mają z nimi krytycy. Do Olbińskiego docierają kąśliwe uwagi, że kompozycja nie ta że to co tworzy, nie jest sztuką. Tego typu oceny go nie interesują. Podkreśla, że został malarzem z wyboru, z wykształcenia jest architektem. Jego obrazy przełożone na słowa mogą być równie dobrze ciekawymi historiami. – Może i maluję ckliwe, kiczowate marzenia, które ma każda kobieta, choć nie każda się do tego przyzna, ale ludzie chcą je oglądać – tłumaczy Olbiński. I czytać, bo jesienią zeszłego roku zadebiutował jako pisarz. Jego „12 opowiadań” to obrazy do czytania. Jakiś czas potem dostał list od nieznajomej, od Anny. „Piszę do Pana, bo przeczytałam opowiadania. Bardzo za nie dziękuję, bo przypomniałam sobie, że mam skrzydła”. Innym razem, pewien filozof z Argentyny odnalazł w jego metaforycznych obrazach ilustrację do swoich przemyśleń i pierwszej książki. Właśnie takie „nagrody” są dla niego najcenniejsze.

Codzienność dzieli między dom i pracownię. W tej ostatniej, jak twierdzi, nie ma nic romantycznego poza świetną lokalizacją między biurowcami Manhattanu. Panuje w niej totalny bałagan, jak to w pracowni. Zerkając do środka, można by pomyśleć, że ktoś zrobił tu sobie magazyn książek i obrazów. – Między nimi pracuję. Do tego nieustające telefony, faksy, zamówienia „na jutro” z redakcji i teatrów z różnych zakątków globu. Nie mam czasu na poszukiwanie weny. Muszę tworzyć szybko, wymyślam metaforę i maluję – opowiada Olbiński. W Nowym Jorku odkrył w sobie twardego faceta. Nie było to łatwe dla kogoś, kto opowiada bajki. Uważa, że współczesne malarstwo fascynuje się brzydotą i z tego powodu nie zawsze akceptowano jego klasyczne wizje piękna. Pytają go często: dlaczego, skoro siedzisz tutaj, nie malujesz tych „kiszek” Nowego Jorku, nie rozpruwasz „brzucha bestii”?





Komentarze (3)

  • Altonia
    A mnie się Olbiński podoba szczególnie jako plakacista!
    Odnajduje błyskotliwą syntezę muzyki i literatury, często karkołomną ale zawsze trafną. Jako tapetę w swojej komórce mam jego plakat (który osobiście sfotografowałam). No i fajnie, ze zrobił karierę też za granicą.
    P.S. do Loli:
    "pusty Amerykanin" to np. kto?

    Piątek, 05 grudnia 2008, 18:25

  • lola
    To cos co robi olbinski to dla mnie taki malarskie disco polo!??warsztat taki sobie ,pomysly fajne,i to wszystko,pustym amerkanom sie podoba w dobie photo shopa!!!

    Niedziela, 08 czerwca 2008, 06:07

  • ola m
    panie rafale mam w kuchni kalendarz z reprodukcjami pana prac więc mogłam się zastanowić. wszystko to p owierzchowne i efekciarskie ! niestety ! niemniej dom na martynice jest i o to chodzi pozdrawiam ola

    Środa, 28 maja 2008, 13:34

Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.