Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
ola m
właśnie o to chodzi żeby osoby podobne do pani zmusić do refleksji...braw, braw, brawSobota, 21 lutego 2009, 01:01
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2009 » 02 » Samotny jeździec
Przez całe życie towarzyszyły mu złe myśli, ale żeby zaraz okrzyknąć go specjalistą od piszczeli i czaszek? Życzliwy, zabawny i tryskający humorem Zdzisław Beksiński na to się nie zgadzał.
„Gdyby mnie napadnięto, a nie wiedziałbym, jak działa sprej oślepiający, to najpierw bym powiedział: bardzo przepraszam, panie bandyto, ale proszę chwilę zaczekać, gdyż muszę włożyć okulary, żeby przeczytać instrukcję” – pisał Zdzisław Beksiński w mailu do zaprzyjaźnionej dziennikarki Liliany Śnieg-Czaplewskiej. Przez dwa lata korespondowali o sąsiedzie pijaku, polityce, niechcianym spotkaniu zawodowym. Aż do feralnego dnia – 21 lutego 2005 roku. Rano dyskutowali jeszcze o filmie Leloucha „Piano Bar”. Beksiński z rozbrajającą szczerością przyznawał, że nie ma bladego pojęcia, kim jest aktorka Patricia Kaas i niespecjalnie kojarzył Jeremy'ego Ironsa. „Ale w końcu jestem nietypowy i nie żyję na tym świecie, tylko udaję sam przed sobą i przed Panem Bogiem, żeby staruszkowi nie sprawiać przykrości. Pięknie pozdrawiam, Beksiński”. Wieczorem siedział sam w domu – w niedużym mieszkaniu na Mokotowie, urządzonym praktycznymi biurowymi meblami, bo antyków nie lubił. W kuchni jednorazówki zamiast porcelany, bo nie trzeba ich zmywać, w pracowni – półki z kasetami magnetofonowymi, bo gdy malował, pasjami słuchał rocka. Tuż po dziewiątej zadzwonił przez domofon Robert, zresztą syn dobrego znajomego, który często pomagał mu w remontach. Beksiński wpuścił go do środka. Chłopak po raz kolejny chciał pożyczyć pieniądze. Gdy malarz odmówił, kilkanaście razy pchnął go nożem.
NIEŚMIAŁY DZIWAK
Jerzy Duda-Gracz powiedział kiedyś, że nad rodziną Beksińskiego wisi złowieszcze fatum. Najpierw malarz stracił syna – Tomasz, znany dziennikarz radiowy, obsesyjnie zakochany w hor- rorach, w Wigilię 1999 roku przedawkował leki. Swoją śmierć kilka dni wcześniej zapowiedział w magazynie „Tylko Rock”. Potem po długiej chorobie zmarła żona Beksińskiego, Zofia. No i jeszcze przypadek Adriana Kędzi – uczeń, którego chciał wychować na następcę, z powodu wady wzroku musiał przestać malować. W końcu los upomniał się o niego samego.
„Dramatyczne okoliczności jego śmierci w pewien sposób przypominają aurę jego sztuki” – zauważał Edward Dwurnik. Nie on jeden zwrócił uwagę, że depresyjne, mroczne obrazy Beksińskiego zwiastowały tragiczne wydarzenia w jego życiu. Wielu widziało w nim artystę diabolicznego. Szeptano, że normalny człowiek nie maluje tak przerażających obrazów. No i nie ma „takiego” syna. Tymczasem ci co go znali, opowiadali, że zawsze był życzliwy, wesoły, tryskający humorem. Dziwak owszem, ale nieszkodliwy - w czasach, gdy media grzmią, że fast foody są niezdrowe, głosił, że uwielbia hamburgery i marzy, by w kranach płynęła coca-cola. A gdy większość z zapartym tchem śledziła debaty polityczne, on nie czytał gazet i nie oglądał wiadomości „wskutek braku zainteresowania tym, co dzieje się w świecie ludzi ubranych w garnitury”.
Beksiński nie raz ubolewał w wywiadach, że wszyscy dopatrują się u niego apokaliptycznych znaków. „Namalowałem twarz, która wydawała mi się łagodna. Przyszła znajoma dziennikarka z prasy kobiecej i mówi: - Ta makabryczna twarz obdarta ze skóry. Myślę, Jezus Maria, chcę malować łagodny obraz, a ludziom zawsze kojarzy się z apokalipsą. (...) Ale Czechow też przez całe życie myślał, że pisze komedie, a mówią, że pisał dramaty i tragedie”. Tłumaczył, że ciężka atmosfera jego prac wynika z nieśmiałości i panicznego lęku przed publicznym obnażaniem się. Wolał pokazać rzeczywistość zdeformowaną.
Sobota, 21 lutego 2009, 01:01
Piątek, 13 lutego 2009, 15:54
Czwartek, 22 stycznia 2009, 14:28
Wtorek, 20 stycznia 2009, 20:28
Wtorek, 20 stycznia 2009, 17:57
Niedziela, 11 stycznia 2009, 00:52
Czwartek, 08 stycznia 2009, 20:21
Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.