Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
iwona
Ja się zgadzam z tobą Haniu, jeszcze paznokcie niektórzy artyści wystawiaja zdolniachy poprostu.Sobota, 13 czerwca 2009, 17:23
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2009 » 06 » Prusz portrecista
Tadeusz Pruszkowski był człowiekiem orkiestrą. Malował, grał na skrzypcach, śpiewał, reżyserował, kręcił korkociągi.
"Posunąć sze! Posunąć sze! Co znaczy nie można? Sze musi, toż to panowie malarze! Od pana Pruszkowskiego! Uni muszą pojechać!" – krzyczał Jankiel, kierowca autobusu kursującego między Puławami a Kazimierzem, upychajac dwóch młodych „panów studentów” w zatłoczonym pekaesie, a ich bagaże wrzucił na dach. Tak na plenery podróżowali wychowankowie Tadeusza Pruszkowskiego. Nazwisko tego znanego malarza i profesora otwierało w Kazimierzu każde drzwi i z miejsca zjednywało sympatię mieszkańców, a i studenci przepadali za nauczycielem, którego pieszczotliwie zwali Pruszem albo Grubasem.
Czarne msze z Wielkim Mistrzem
„Rubaszny, rozpaczliwie kpiarski, niemal cyniczny, łobuzerski, psujący każdy podniosły nastrój jakimś żartem – był przy tym praktyczny, ceniący dobre rzemiosło, wygodę i zaradność, pełen niefrasobliwej wesołości, radości życia, zapału i ryzykanctwa” – opowiada w swojej książce „Buda na Powiślu” Włodzimierz Bartoszewicz, malarz i uczeń Prusza. Do historii przeszedł wymyślony przez jego mistrza obrządek przyznawania dyplomów. W latach 20. Szkoła Sztuk Pięknych, w której wykładał, nie była jeszcze akademią i nie nadawała tytułów naukowych. Pruszkowski stworzył więc coś, co miało owe naukowe zaszczyty zastąpić – rodzaj średniowiecznej czarnej mszy, pasowania na malarza. „Prusz, którego postać była i tak dość komiczna, ukazywał się zgromadzonym studentom w specjalnym przebraniu, z niesamowitymi oczami (wsadzał sobie gałki oczne z rozciętej gumowej piłki), w stroju wielkiego mistrza. koledzy klęczeli w półkolu, składali przysięgi, podkładali głowy pod ciosy drewnianego miecza, a my wszyscy zgromadzeni w auli, bawiliśmy się wybornie całym widowiskiem” – wspomina rysownik, ilustrator i grafik Antoni Uniechowski.
Uczelnia huczała też o jego rywalizacji z kolegą po fachu, profesorem Karolem Tichym. Po pracowni Prusza krążyły zawsze tabuny modelek, toczyły się ożywione dyskusje. U Tichego zaś, nazywanego starym krasnoludkiem (kroczył po ulicach w pelerynce i angielskiej czapce na głowie), panowała pełna skupienia cisza. Pierwszy kładł nacisk na rysunek i wychwalał klasycyzm, drugi na kolor i był zwolennikiem kubizmu oraz abstrakcjonizmu. Grubas wprowadzał dużo serdeczności i ojcowskiego ciepła, Tichy wzbudzał szacunek swoją erudycją i ogromną wiedzą. W konfrontacji zawsze wygrywał Prusz, bo „nie filozofował, nie prawił morałów, nie idealizował” – tłumaczył Bartoszewicz. „Choć nie ulega wątpliwości, że ten jowialny i lekkomyślny grubas nie miał nawet połowy uduchowienia i głębi umysłowej starego krasnoludka”.
Pędzlem, łokciem i patykiem
Niepokorny był od urodzenia, czyli 5 kwietnia 1888 roku. Przyjaciele wspominali, jak już w szkole potrafił świetnie udawać „kretyna”, „nauczyciele dawali mu spokój i nie odpytywali z lekcji”. Zawsze też rozpierała go energia, trudno mu było wysiedzieć w jednym miejscu.
Rok po tym jak zaczął studia malarskie w pracowni Krzyżanowskiego (1907 r.), wyjechał w podróż do Francji, Szwajcarii i Algierii. Najmilej wspominał Paryż. Raz, bo tam właśnie poznał swoją przyszłą żonę i muzę, Zofię Katarzyńską (pozowała mu do obrazów „Melancholia”, „Kaktusy”, „Madonna”). Dwa, bo krążąc godzinami po galeriach i muzeach, odkrył największą miłość życia – malarstwo mistrzów niderlandzkich, Hugo von der Goesa, Quentina Massysa, Bruegla, Rembrandta i Rubensa.
Gdy po skończeniu studiów zdecydował, że zostanie na uczelni jako wykładowca, niezmordowanie wpajał tę miłość do holenderskiej tradycji swoim studentom, którym poświęcał się bez reszty. W 1928 roku w wywiadzie dla „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” tłumaczył: „Głównym celem moim, o którym zawsze pamiętam ucząc, jest wykształcenie uczniów w rzemiośle malarskim na tyle, aby gdziekolwiek się znajdując, mogli utrzymać się na powierzchni życia i nie potrzebowali liczyć na łaskawość i protekcję ludzi”. Dlatego stawiał na doskonałą znajomość rzemiosła, umiejętność preparowania deski, przygotowywania laserunku i jak najgładszego kładzenia farb. W nietypowo prowadzonej pracowni – bez akademickiej dyscypliny, a raczej w towarzyskiej atmosferze – zmuszał do doskonałego opanowania technik malarskich, bo twierdził, że najwybitniejszym dziełom sztuki zawsze towarzyszy doskonały warsztat. Studenci wspominali, że „kazał malować rzetelnie, szczerze, pracowicie, czasem na wariata, czasem z rozmysłem i wnikliwością, zawsze śmiało i z rozmachem”. Bartoszewicz opowiadał, jak pokazał profesorowi swój obraz naszkicowany węglem. Prusz wziął pędzel i jednym pociągnięciem zamalował połowę płótna. „Trzeba rysować i malować jednocześnie” – skwitował. Kiedy indziej wziął trochę farby na palec i wsmarował w obraz. Przestraszony uczeń zawołał: „To i palcem też można?”. „Mój drogi – odparł na to Prusz – pędzlem, palcem, łokciem, nogą, patykiem, czym chcesz, byle było dobrze. Na malarstwo recepty nie ma”.
A jak malował sam mistrz? Zaczynał od scen historycznych. To po tym, jak towarzystwo artystyczne Nowa Sztuka, które zakładał, uchwaliło w 1915 roku, że wszyscy jego członkowie mają wstąpić do Legionów (Pruszkowski zaciągnął się do 1 pułku ułanów Beliny Prażmowskiego). Potem zasłynął głównie z portretów – żony i znanych osobistości jak Narutowicz, Piłsudski, Żeromski.
Sobota, 13 czerwca 2009, 17:23
Wtorek, 09 czerwca 2009, 22:23
Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.