Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2009 » 12 » Górnik w lesie



Górnik w lesie

Jak trzeba, to trzeba – a ja czuję, że trzeba. Tak swoją ponadtrzydziestoletnią pracę twórczą podsumowuje grafik Jan Nowak. Zaczynał w kole plastycznym przy kopalni Katowice, gdzie przepracował dwadzieścia siedem lat, z czego dużą część pod ziemią. Zajęcia plastyczne miały rozwijać zainteresowania górników, jak żartuje twórca – kopalnia potrzebowała wykonawców i artystów różnej maści na coroczne obchody Barbórki.
Pana Jana zainteresowała grafika, choć niektórzy dziwili się, że nie chce pracować „w kolorze”. – W grafice też jest kolor – przekonuje. – Po prostu trzeba go sobie wyobrazić. W mieszkaniu artysty na pierwszy rzut oka trudno znaleźć ślady jego twórczości. Od razu za to rzucają się w oczy myśliwskie trofea. Bo pan Jan poluje, czy raczej – jeździ do lasu. Fascynuje go przyroda, zmieniające się pory roku. Górników na jego pracach jak na lekarstwo, choć zdarzają się motywy typowo śląskie: zapomniane już familoki, gdzie mieszkały rodziny razem z całym żywym inwentarzem. Jednak najważniejsza wydaje się natura i wyjazdy do lasu. – Kiedyś chciałem zapolować na dzikie gęsi – opowiada artysta. – Spędziłem w szuwarach tydzień, ale jakoś nie mogłem zdobyć się na strzelanie. Za to po powrocie zrobiłem grafikę.
Inspiracją może być dla niego wszystko. Swego czasu często bywał w krakowskiej Jamie Michalikowej. Zrobił potem grafikę przedstawiającą trzy kobiety przy kawiarnianym stoliku. Na jakimś wernisażu jedna pani krytyk pomyślała, że to ilustracja do „Trzech Sióstr” Czechowa. A to po prostu życie – obserwacja. Innym razem na plenerze w Jurgowie zrobił zdjęcie góralowi, bo zaintrygowała go jego twarz. Za rok przywiózł portret – grafikę i podarował zdumionemu gospodarzowi.
Jan Nowak trzyma w pracowni karteczkę, na której ma wypisane wszystkie nazwy, jakimi obdarzano artystów takich jak on – nieprofesjonalnych. Mówiło się m.in.: niedzielni, naiwni. Żartuje, że absolwent ASP po latach studiów ma jeden tytuł, a on aż trzynaście. Niedawno znajomy wykładowca akademii zaproponował mu żeby wstąpił do Związku Polskich Artystów Plastyków. – Po co mi to? – zastanawia się pan Jan. – Kiedyś może bym i chciał, bo za socjalizmu tylko „patentowani” artyści dostawali przydział na farbę drukarską i papier, a ja sam musiałem załatwiać materiał „na lewo”, przez kolegów. Teraz żadna przynależność nie jest mu już potrzebna. O sztuce mówi po prostu: trzeba być sobą i robić dla siebie.
Gdy jedziemy samochodem przez Katowice, ożywia się. Tu kamienice, tam kościół, gdzie indziej przed wojną stał dom wielkiego bogacza, co kazał drewnem ulicę wykładać, bo mu powozy zbyt hałasowały pod oknem.
– Ja jestem stąd, ze Śląska. Urodziłem się w Katowicach, mój ojciec pracował w tej samej kopalni. Nawet przez jakiś czas byłem jego sztygarem – dodaje. Najważniejsze są korzenie i tożsamość, bo bez nich nie ma nic. Kiedy podczas ostatniego spisu powszechnego przyszli do grafika ankieterzy, kazał się zarejestrować jako osoba narodowości śląskiej. Żona wybrała narodowość polską, bo nie pochodzi stąd. – I tak się okazało, że żyję w małżeństwie mieszanym – śmieje się artysta.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Ffotografie: Muzeum Śląskie w Katowicach




Komentarze (1)

  • ola m
    zajefajne!

    Wtorek, 17 listopada 2009, 00:03

Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.