Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2010 » 08 » Dworek wśród jabłoni
Dworek wśród jabłoni
Cisza i spokój – tego najbardziej potrzebowali zabiegani Dorota i Piotr. Znaleźli je w drewnianym dworku pod miastem.
Godzina szósta rano – pobudka. Szybkie śniadanie. Spotkanie. Potem kolejne i jeszcze jedno. Albo tak: godzina piąta rano – pobudka. Szybkie śniadanie. Wyjazd. Konferencja. Spotkanie... Dorota i Piotr żyją w ciągłym biegu. Ale inaczej się nie da kiedy prowadzi się firmy. Po tak wypełnionym po brzegi dniu marzą tylko o jednym – odpocząć od pośpiechu na jakiejś bezpiecznej wyspie.
Znaleźli ją w Zalesiu pod Warszawą. Nazywa się dworek polski. Ma nieco ponad sto metrów, a dookoła ogród ze śliwami, jabłonkami, ozdobnymi migdałkami. – Zawsze inspirowała mnie ciepła, niewymuszona prostota Prowansji i elegancja Toskanii, gdzie kilka razy spędziliśmy wakacje. Chciałam mieć podobny dom – tłumaczy Dorota. – Zachwyca mnie też mentalność Włochów, ich bezpośredniość, żywiołowość i to że są tacy rodzinni. Dla nich dom jest najważniejszym miejscem na ziemi. Tak jak dla mnie.
Droga do tego wymarzonego lokum była jednak kręta. Spieszyło się Dorocie i Piotrowi, ale ekipom remontowym już niekoniecznie. – To co miało być szybko, przeciągało się. Elektryk zamiast pojawić się rano, przychodził o dwudziestej drugiej, a stolarz zapominał o narzędziach i zamiast wrócić za pięć minut, pukał do drzwi po dwóch tygodniach. Ale tak to już musi być, żeby było co wspominać – mówi Dorota. Grunt, że po pół roku mogli się wprowadzić do wymarzonego domu.
Urządzanie wzięła na siebie gospodyni. Zaganiana, zakupy robiła w przerwach pomiędzy jednym a drugim spotkaniem. – Zaglądałam po drodze do przeróżnych sklepów i galerii. Czasem dochodziło do zabawnych sytuacji, jak z wielkim metalowym zegarem wiszącym dziś w oranżerii. Wpadł mi w oko, więc go kupiłam. Dopiero w domu zobaczyłam, że kolorem kompletnie nam nie pasuje. Rozkręciłam go i przemalowałam farbą do metalu – wspomina Dorota. Na szczęście większość mebli znalazła w galerii niedaleko domu. Ręcznie malowane, z kwiatowymi motywami zaczerpniętymi z okolicznych pól i łąk do dworku pasowały jak żadne inne.
Ulubionym miejscem domowników jest oranżeria. Odpoczywają tu patrząc na ogród tak wypieszczony przez Dorotę, że nawet płot zapuścił w nim korzenie. – I to dosłownie – śmieje się właścicielka. – Zaraz po wprowadzeniu część działki ogrodziliśmy wiklinowymi panelami. Ale byliśmy zdziwieni, kiedy po kilku tygodniach na szczytach słupków ukazały się zielone gałęzie. Dziś zmieniły się w spore drzewa przyjemnie zacieniające ogród. Ale znajomi nie chcą w tę historię uwierzyć.
Tekst i stylizacja: Aldona Bejnarowicz
Fotografie: Piotr Gęsicki



