Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum "Werandy" » 2011 » 03 » Nowoczesny dom w Kazimierzu
Nowoczesny dom w Kazimierzu
Jakim cudem na dachu leży mnich z mniszką, a brodzik zamienił się w stół? Gdzie jest najlepsza cebula i kto robi najsmaczniejszy miód? O nowoczesnym domu w starym Kazimierzu opowiada Ewa Kuryłowicz.
Dom rodziny Kuryłowiczów – bo taki napis ma na furtce małżeństwo znanych warszawskich architektów – zwraca uwagę w dumnym z tradycji Kazimierzu. Wysoki, awangardowy. Zbyt awangardowy – mówią niektórzy. Kontrowersje wzbudzał jeszcze zanim wbito w ziemię pierwszą łopatę, bo był o pół metra wyższy, niż pozwalał plan zagospodarowania. Architekci nie chcieli jednak ulec konserwatorowi i spłaszczyć dachu, bo źle by wyglądał. Czekali więc, aż zmienią się przepisy. Bagatela, kilka lat. Potem i tak rozpętała się burza. – Odważnie się z nią zmierzyliśmy – mówi Ewa Kuryłowicz. – Staraliśmy się, by nasz dom miał wiele cech tutejszej architektury.
Najpierw patrzyli, jak w tej pagórkowatej okolicy dawniej budowano. Kiedyś dla ludzi było oczywiste, że Kazimierz dwa razy do roku nawiedzają powodzie i jakoś umieli się z Wisłą ułożyć. Zbudowali więc dom prostopadle do skarpy, z charakterystyczną przyporą. Żeby woda go opływała. Drugi podpatrzony pomysł – schody przyczepione do ścian. – Bardzo kazimierskie jest bieganie po tych schodach w górę i w dół – śmieje się pani Ewa.
Wreszcie materiały, też tradycyjne. Kamień, ceglana dachówka, drewno, bruk. Ściany to wapienny łupek z pobliskich kamieniołomów w Bochotnicy. – Budowa trwała dwa lata. Długo, bo teraz wszyscy idą na łatwiznę i ściany po prostu okładają kamieniem, a nasze są z niego wymurowane, szerokie na 80 centymetrów. Nawet dla fachowców zadanie nie było łatwe, to jubilerska robota. Wykonawca narzekał, że co któryś się nauczył, zaraz uciekał do Irlandii, bo tam były wtedy lepsze dniówki. Tylko kilka ścian jest betonowych, trzymają konstrukcję, inaczej wszystko zjechałoby z góry z pierwszym deszczem.
Do dziś wspominają przygodę z kamieniarzami. Trudno było wyciąć łupek w łazience tak, żeby w brodziku spływała woda. Udało się dopiero za trzecim razem. A architekci zostali z dwiema kamiennymi płytami. Co z nimi zrobić? Wyrzucić przecież szkoda. – Pasują w sam raz na nagrobki, i kolor, i rozmiar – wpadli w wisielczy nastrój. – Albo na blaty stolików – rzucili pomysł. Ślusarz dorobił nóżki i gotowe. Jako meble wyglądają doskonale w towarzystwie dizajnerskich foteli Unopiu. – Siadamy sobie na tarasie, rozpalamy ogień w naszym palenisku wzorowanym na marokańskim kociołku (doskonały patent – zachęca pani Ewa – bo wiatr nie gasi płomieni, a stal w chłodne wieczory promieniuje ciepłem) i jest cudnie. Kamiennych stolików przynajmniej nie porwie wichura.


