Weranda
Facebook Google plus Dodaj do ulubionych Drukuj Email Małe litery Średnie litery Duże litery

Sztućce na każdą okazję

Eleganckie sztućce Trzonki wykonano z cyny. Za komplet sztućców dla jednej osoby zapłacimy 395 zł. FRYDERYK
 
 

Kiedyś te najbardziej luksusowe miały trzonki z kryształu górskiego, a srebrne okucia zdobiono maszkaronami. Na innych widniały wygrawerowane herby. Pojawiały się rękojeści z ebonitu, a słynna francuska manufaktura La’yole bogato rzeźbione rączki dekorowała egzotycznym drewnem.

– Noże i widelce od La’yole’a nazywano myśliwskimi – opowiada Małgorzata Wojtowicz z Galerii Niuans. – A to dlatego, że na początku służyły pasterzom do krojenia serów i myśliwym do dzielenia sztuk mięsa. Potem trafiły na salony. Do dziś firma specjalizuje się w widelcach do dziczyzny, a jej znak rozpoznawczy to mucha wygrawerowana na grzbiecie rękojeści – tłumaczy. Słowem, to były prawdziwe dzieła sztuki.

Nawet dziś najwięksi producenci ekskluzywnych sztućców chętnie sięgają po sprawdzone XVII-wieczne wzory, dodając coś od siebie. – Manufaktura Christofle swoją kolekcję Malmaison stworzoną dla Napoleona wzbogaciła o diamenty – mówi pani Małgorzata. – Trzonek noża czy widelca może być wysadzany dowolną liczbą tych szlachetnych kamieni, na zamówienie – wyjaśnia.

reklama



Inna seria francuskiej firmy, Talisman, zdobiona jest barwioną laką. Jej kolor można dobrać do serwisu, który już mamy w domu. Kolekcję znajdziemy na wielu królewskich dworach, w ambasadach, pałacach szejków i w Białym Domu. Jeden widelczyk deserowy kosztuje 900 zł, a nóż czy łyżka do zupy to wydatek rzędu nawet 1000 zł za sztukę.

Christofle robi też sztućce Reneissance wysadzane kryształkami Swarovskiego czy Ponti 400 inspirowane art déco, a zaprojektowane przez słynnego Gio Pontiego. – Bardzo wielu dizajnerów, a nawet architektów projektowało sztućce. Na przykład Arne Jacobsen dla sieci hoteli Radisson czy Andrée Putman dla Christofle. W jej komplecie Vertigo widelce mają trzy ząbki, jak ich renesansowe krewniaczki – opowiada pani Małgorzata.

Z czasem, gdy sztućce stawały się coraz bardziej popularne, przybywało ich rodzajów. Osobną łyżeczką sięgano po cukierki-drażetki. Jednej używano do szpiku, innej do sera czy konfitur. A tzw. sitkowymi, ażurowymi jak koronka, przesiewano cukier puder.

Dziś manufaktury (zwłaszcza francuskie) dorzucają kolejne propozycje. Inna jest łyżka do zupy-kremu (z okrągłym, głębszym czerpakiem), inna do rosołu (bardziej płaska), do lodowych deserów (z długą rączką), do kawioru (malutka prawie jak do kawy), podłużna do sosów, z przeskalowanym dużym czerpakiem do serwowania ryżu. Noże?

Nie tylko do masła. Są takie do owoców i do ryb, a nawet specjalny wyłącznie do steku. – Christofle celuje w sztućcach do sushi – podpowiada pani Małgorzata. – I mowa tu nie tylko o posrebrzanych pałeczkach, ale też specjalnych łopatkach i malutkich widelczykach – tłumaczy.

Z kolei Ercuis, manufaktura założona w 1867 roku, jako pierwsza zaprojektowała cęgi do rozłupywania skorupy homarów. W jej sztućce wyposażona była restauracja ekskluzywnego Orient Expressu. – Dziś słynie także z mikroskopijnych łyżeczek-szpatułek do espresso – dodaje.

Droga sztućców na salony była długa i trudna. Przez wieki pozostawały zbytkiem tak luksusowym, że nawet na największe przyjęcia arystokraci przychodzili z własnymi łyżkami. Dziś to gospodarz zapewnia nakrycie, nawet jeśli kosztuje fortunę.


Tekst: Monika A. Utnik
Fotografie: Aneta Tryczyńska
Stylizacja: Dorota Zalewska

 

Dodaj do ulubionych Drukuj Email Małe litery Średnie litery Duże litery
Weranda - kwiecień 2010

Zobacz również:

Archiwum na rok 2014
Numery z:
Copyright © 2014 Weranda   |   Wydawnictwo Te-Jot Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Spółka komandytowa