Rezydencja z oranżerią


W tym niezwykłym salonie można siedzieć nocą przy zgaszonym świetle i oglądać gwiazdy. Albo przy świecach słuchać, jak na szklany dach spadają śnieżne gwiazdki. – Magiczne miejsce – mówią właściciele. Rezydencja: projekt z oranżerią widoczny na zdjęciach.


Rezydencja: projekt ze szczyptą magii


W mieście takiej zimy nie widać. Czystej, jasnej, świetlistej. Gałęzie drzew wyglądają tak krucho i misternie, jakby je wydziergały koronczarki z Koniakowa, zaspy są białe, nieochlapane błotem, drogi okryte puchem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się w inne czasy – bez smogu i samochodów. Jechać trzeba ostrożnie, bo ślisko, nikt nie sypie tonami soli. – Żyjemy tu ekologicznie – mówi z uśmiechem właścicielka XIX-wiecznej willi. Przy karmniku kwitnie życie towarzyskie, w odwiedziny wpadają lisy i dziki. Aż trudno uwierzyć, że do centrum Warszawy jest 20 kilometrów.


– Długo szukaliśmy tak magicznego miejsca – opowiada. – Mąż jest Kanadyjczykiem z polskimi korzeniami, marzył mu się dom w podwarszawskim mieście ogrodzie. Byliśmy nawet skłonni sami go wybudować, ale doszliśmy do wniosku, że wolimy znaleźć coś starego. Nie przepadamy za nowoczesną architekturą.


Ogród zimowy


Gdy zobaczyli willę, którą w 1897 roku dla swojej rodziny postawił w lesie Tomasz Tyborowski, znany warszawski bankier, z miejsca ich urzekła. Białe ściany elewacji z ceglanymi krawędziami, rzadki w Polsce styl holenderski, a wkoło niesamowity ogród pełen pagórków, wąwozów, z rzeczką i malowniczym drewnianym mostkiem. – Miała szczęście, że dotrwała do dziś w tak dobrym stanie – mówi gospodyni. – Po wojnie, zamieniona w czynszówkę, dawała schronienie kilkunastu rodzinom. Poprzedni właściciele, przywracając jej świetność, wykonali tytaniczną pracę. Z tego, co wiem, nienaruszone zostały właściwie tylko mury.


Oni także dobudowali ogród zimowy, a dobrze okryty szklaną kopułą salon z kominkiem łączy stary dom z basenem. To ukochane miejsce rodziny, która niedawno zamieszkała w rezydencji, nic dziwnego, że stanęły tu wygodne kanapy i fortepian. Wkoło rosną kilkudziesięcioletnie sosny, krzewy hortensji i rododendronów.


Dom w stylu angielskim


Urządzanie tego niezwykłego pokoju tak, żeby meble nie konkurowały z wszechobecną przyrodą, było sporym wyzwaniem. Kluczem okazały się prostota i umiar, styl klasyczny, ale nie dosłowny, bo bardziej surowy, pozbawiony ozdobników.


– Kupiliśmy dom w stylu angielskim, pełen nasyconych kolorów: granatów, zieleni, błękitów, pomarańczu – opowiada właścicielka. – Dla mnie te barwy były za mocne, zbyt dominujące. Nie umiałabym wśród nich wypoczywać. Jestem muzykiem. Potrzebuję ładu, harmonii i ciszy. Wolałam odcienie srebrnej czy perłowej szarości. Spokojne, przywracające równowagę. Pasujące do kolorów nieba, które codziennie oglądamy przez szklany dach i podkreślające piękno ogrodu, bo to on jest tu głównym aktorem o każdej porze dnia i roku. Dziś, gdy spadło tyle śniegu, te szarości są chłodne, srebrne, ale latem wydają się ciepłe, ozłocone słońcem.


Nowi właściciele przemalowali niemal cały dom. Postanowili, że kolory powinny być bardziej stonowane, żeby raczej uspokajać atmosferę, a nie ją podgrzewać. Podobnie kanapy, fotele, żyrandole, lustra. Mają klasyczne linie, ale ich wykończenie jest znacznie bardziej umiarkowane. – Zauroczyła nas francuska firma Mis en Demeure. Projektanci czerpią z tradycji, zapożyczają stare wzory, z których budują coś nowego. Materiały, ich odcienie, wzory, sposób szycia są bardzo współczesne.


reklama


Praca z architektem


Tkaniny pomagała dobierać Marzena Mituniewicz z warszawskiej Galerii Dobra 11. Większość to jedwabie, lny, wiskozy i wełny w stonowanych kolorach ze szlachetnym połyskiem. – Okna, poza salonem, są tu raczej niewielkie, a ja potrzebuję dużo światła, trzeba więc wszystko rozjaśnić materiałami, które ładnie odbijają słońce – mówiła pani domu. I tak zrobiły. Świetlisty, połyskliwy zielonka- wy odcień dały jedwabie i lny z angielskiej firmy Colefax and Fowler, podkreśliły go ręcznie robione pasmanterie i chwosty z francuskiego Houlès czy satynowe poduszki Jamesa Hare’a.


Panie najdłużej zastanawiały się, jak ubrać okna w ogrodzie zimowym. Najpierw rozważały wariant rolet jak chmurki, ale doszły do wniosku, że nagromadzenie puszystego materiału tam, gdzie i tak wiele się dzieje, to przesada. – Im będzie prościej, tym lepiej – uznała projektantka i zaproponowała subtelne perłowoszare lny, które tworzą tło dla dużego żyrandola i podkreślają piękno naturalnej zieleni w ogrodzie. Zamiast chmurek świetlista mgiełka okrywająca szyby.


W innych miejscach jest podobnie. Żadnych dużych i agresywnych wzorów, raczej delikatne aluzje i nawiązania, a to do malunku na ścianie, a to do kształtów żyrandoli. – Niewprawne oko może niektórych detali nie zauważyć – mówi Marzena Mituniewicz. – Każdy się po prostu zastanawia, jak to możliwe, że wokół panuje taka harmonia.


Tekst: Joanna Halena

Zdjęcia: Aneta Tryczyńska

Stylizacja: Katarzyna Sawicka


Jeśli lubisz stylowe rezydencje, może zainteresować Cię również Zameczek Królowej Kina Brigitte Bardot.