Ten dom jest równie luksusowy jak czasy, które przypomina. Ma pięćset metrów, siedem łazienek i podłogi z bardzo rzadkiego drewna afromozji.

Jest elegancko i luksusowo. Jest art déco. Jednak zanim ten dom takim się stał, wiele musiało się zdarzyć. Było tajemnicze zniknięcie, złamana ręka, lampa, z której ciekła woda... Ale mądre przysłowie mówi, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tak więc przez najbliższe sto lat nic niepokojącego wydarzyć się tutaj już nie powinno, bo udało się wyłapać najmniejsze nawet usterki.

A zaczęło się zupełnie niewinnie. Pan Janusz poprosił dwie architektki Monikę Michałowską i Katarzynę Kryńską, by zaprojektowały mu dom. Dostały zielone światło, bo gospodarz znał ich projekty i bezgranicznie ufał. – Kiedy zobaczyłyśmy kolekcję pana Janusza, meble, zegary, obrazy, nie miałyśmy cienia wątpliwości, w jakim kierunku zaszalejemy, w art déco – opowiada Monika.

Aranżacja ogromnego domu i to w stylu pełnym geometrycznych form, wyszukanych materiałów i mebli, które są małymi dziełami sztuki, prosta nie jest. Podobnie jak znalezienie fachowców, którzy pomysły przekują w czyn. W tym przypadku jednak kłopoty nadeszły z innej strony. Szczęście nie dopisywało wykonawcom. Montażysta karnisza spadł z drabiny i złamał rękę, a pan, który miał robić barierki ze stali nierdzewnej, zanim jeszcze wziął się do pracy, poważnie zachorował. Dziwna przygoda przytrafiła się też kamieniarzowi. Solidny rzemieślnik pewnego dnia nie przyszedł do pracy. Nie odbierał telefonów. Nie dawał znaków życia. Po prostu zniknął. Potem nagle po... pół roku pojawił się, żeby dokończyć pracę.

– Nie miałyśmy śmiałości dopytywać, gdzie był. Do dzisiaj nie wiemy – mówią architektki. – Grunt, że swoją pracę wykonał znakomicie. Kominek obłożony marmurem i kwarcytem wygląda imponująco. Dobrze zakończyła się też sprawa barierek – fachowiec perfekcyjnie ukrył spawy.

Gdy wydawało się, że sytuacja jest już opanowana, na dziewczyny czekała kolejna niespodzianka. Tym razem w garderobie. – Kiedy tam weszłyśmy, oniemiałyśmy – opowiadają. – Z lampy leciała woda. Przecieku szukaliśmy wszyscy i to bardzo długo. Pomogła dopiero pani inspektor budowlana. Okazało się, że na dachu przy obróbce blacharskiej powstała malutka, niewidoczna szczelina i kiedy padał deszcz, woda przez wentylację ściekała do lampy. Po tych przejściach zrywanie wypaczonych desek z tarasu to już drobnostka. Przy okazji okazało się, że świetlik na tarasie podcieka i trzeba go poprawić. A zaraz potem firma, która przywiozła meble i sprzęt kuchenny, odkryła, że deweloper zapomniał podciągnąć tak zwaną trzecią fazę i kuchenki elektrycznej nie dało się podłączyć.


Tylko anielska cierpliwość gospodarza i wyjątkowy upór Moniki i Kasi sprawiły, że dom został skończony i wygląda tak lekko i elegancko. Dziewczyny nie poddały się nawet wtedy, gdy wmawiano im, że nie da się przywieźć i zamontować przy schodach ponadczterometrowej wysokości tafli szkła hartowanego. Wykonawca chciał ją pociąć i przywieźć w dwóch kawałkach, ale architektki ubłagały, by jednak spróbował dostarczyć im ją w całości. Ostatecznie z pomocą specjalnego dźwigu stanęła na swoim miejscu. W całym kawałku udało się też zamontować płytę z onyksu w jednej z siedmiu łazienek.

– Na szczęście pan Janusz na nas nie naciskał, bo wiedział, że szybciej oznaczać będzie gorzej – mówi Kasia. – Pod koniec tylko trochę nas poganiał, bo rywalizował z przyjacielem o to, który wprowadzi się pierwszy do nowego domu. Przyjaciel wygrał o tydzień – dodaje ze śmiechem Monika. – Tyle że dzisiaj robimy mu poprawki.


Tekst: Renata Barańska
Stylizacja: Aleksandra Buczkowska
Fotografie: Michał Przeździk

reklama