Szukali dużego domu z ogródkiem, blisko centrum, w cichej okolicy, w Warszawie. Mission impossible? Nieprawda!
 


Wystarczy trochę szczęścia i cierpliwości, a nawet w zatłoczonej Warszawie wciąż można znaleźć urocze działki. Taka gratka trafiła się właśnie rodzicom trzech chłopców i właścicielom małej zwierzęcej menażerii – psa i kota. Na Mokotowie, przy cichej małej uliczce, wypatrzyli dom z lat 50. – trzysta osiem metrów, blisko do centrum.

Nadawał się do generalnego remontu, bo przez ostatnie lata wynajmowany kolejnym firmom został podzielony na niezliczone klitki. Przy okazji zawieruszyła się też gdzieś kuchnia.

– Szybko upatrzyliśmy sobie projektantkę. Część naszej rodziny pochodzi z Francji i lubimy lekkie, jasne, przytulne wnętrza. Gdy w jednej z wnętrzarskich gazet zobaczyliśmy zdjęcie przepięknej łazienki, wiedzieliśmy, że chcemy poprosić o pomoc panią, która ją urządziła – wspomina gospodarz.

reklama



Była to łazienka Doroty Kowalczyk, właścicielki biura projektowego oraz galerii dekoracji wnętrz Maison Creative. Zadania nie miała prostego, bo jak z czteropiętrowego domu z niskimi klitkami zrobić wnętrza we francuskim klimacie, jasne i przestronne? Same meble nie wystarczą!

Przede wszystkim właściciele zamienili taras w przeszkloną oranżerię. – Mieliśmy problem z pozwoleniami, ponieważ dom został zbudowany z cegieł, które ocalały po powstaniu warszawskim i były wątpliwości, czy możemy zmienić wygląd budynku. Ale w końcu się udało – wspominają.

Żeby pomieszczenia wydawały się wyższe, pani Dorota zrobiła drzwi większe niż standardowe, a karnisze powiesiła tuż pod sufitem. Do tego jasne ściany. W ciemnej łazience nad wanną zaplanowała ogromne lustro, w którym odbija się okno z garderoby – od razu zrobiło się widno.

Z kolei gospodarze zadbali o to, by nie zagracić niedużych pokoi. Z tego powodu musieli jednak znacznie uszczuplić kolekcję pięknych starych mebli. Porozdawali je po rodzinie, a sobie zostawili tylko kilka, na przykład szafę, w której jako mała dziewczynka chowała się mama pana domu oraz bieliźniarkę po babci właścicielki. Nieruszona musiała pozostać za to inna kolekcja: bujanych koników.

– Zbiera je moja żona. Jednego kupiliśmy na targu staroci w Nicei. To miała być romantyczna podróż we dwoje. I była... Do czasu, aż żona zobaczyła tego konia. Oczywiście musiała go mieć. Zamiast rozkoszować się wyjazdem, biegałem po supermarketach w poszukiwaniu odpowiednio dużego kartonu. Nawet po zapakowaniu był bardzo nieporęczny. Z ledwością zmieściliśmy się z nim do samolotu – wspomina ze śmiechem gospodarz.

Miejsca nie zabrakło też na jego kolekcję – znacznie obszerniejszą niż ta żony. W garażu zmieścił się i tarpan, i gazik, i syrena, i stary model peuqeota.


Tekst: Renata Barańska
Stylizacja: Dorota Karpińska
Fotografie: Kuba Pajewski