Angielskie w tym domu są nie tylko ogród, okna czy meble. Angielski jest również humor. Bo kto zaprosiłby do salonu konia?

 


Nie jest to rezydencja z Truskawkowego Wzgórza znanego wielbicielom arystokratycznych dzielnic Londynu (choć neogotycką architekturą bardzo go przypomina). Ani dom miłośników koni – ogromny posąg wierzchowca naturalnej wielkości stoi tu z innych powodów (ale o tym później). Anglosaskim duchem gospodarze nasiąknęli w Australii. Meble wybrali wiktoriańskie, oranżeria wyszła im bardzo kolonialna, a w ogrodzie zamiast kwiatów pojawiły się klomby przystrzyżone z precyzją godną wyspiarzy.


– Do Australii wyjechaliśmy pod koniec lat 70. Byliśmy młodzi, a w tym wieku szuka się przygód. Wiedzieliśmy, że im dalej od domu, z tym większym zmierzymy się wyzwaniem. Zostaliśmy w Melbourne dwanaście lat – wspomina Anna. A kiedy już uwili tam gniazdo, wzięli ślub, urodziły się dzieci, w Polsce wszystko się zmieniło. Zapakowali więc kilka ulubionych wiktoriańskich mebli na statek i wrócili na dobre. Nieprzypadkowo wybrali Konstancin i neogotycką – a więc do szpiku kości angielską – rezydencję z początku XX wieku.


reklama



– Wtedy Konstancin nie był jeszcze tak popularny i drogi jak dziś. Dom zrobił na nas wrażenie, choć był mocno zniszczony – wiadomo, w PRL-u zdewastowano większość konstancińskich willi, w naszej zakwaterowano aż osiem rodzin. Podzielona na małe mieszkania, przypominała blokowisko. Gdy spalił się dach, musieliśmy lokatorom znaleźć nowe domy. Mój mąż Tomek wiedział, że stary budynek warto ratować. W końcu dorastał w rodzinie, gdzie ceniło się tradycję, jego mama prowadziła galerię sztuki – opowiada Anna.


Postanowili zachować neogotycki styl. Zostały ostre łuki i okna na poddaszu przypominające strzeliste miniwieżyczki. Portal ozdobili ażurowym zwieńczeniem. Wiele pomysłów narodziło się spontanicznie. – Któregoś dnia Tomek przybiegł do mnie, przekonując, że salon musi zostać wysoki na osiem metrów. Olśniło go, gdy robotnicy zaczęli robić sufity. Potem wymyślił dużo sztukaterii i ornamenty nad oknami jak katedralne maswerki – ta ogromna przestrzeń nie mogła być przecież monotonna. Koniec końców zrobiła się bardzo kościelna atmosfera – śmieje się Anna. Sufitowe plafony czy rozety podpatrzyli w Australii, ale pomagał je rozrysować znawca, który zajmował się renowacją Zamku Królewskiego w Warszawie.


Meble gromadzili latami. Oprócz tych kilku przywiezionych z Australii, większość kupili w Anglii. Często odwiedzali Chiswick, londyńską dzielnicę znaną z aukcji i ogromnych magazynów ze starociami. – Po Chiswick można chodzić całymi dniami. Raz pojechaliśmy tam po stół na rodzinne przyjęcia. Znaleźliśmy taki na szesnaście osób. Do dziś stoi w salonie, a Tomek zrobił sobie na nim wygodne biuro. Gdy organizujemy święta lub przyjęcie, skrzętnie zbiera papiery i przy stole znów kwitnie życie towarzyskie. Inna zdobycz z aukcji to typowo angielskie mahoniowe łóżko kolonialne z XIX wieku, czyli two poster bed. W Polsce prawie niespotykane.


A biały koń, o którym obiecałam opowiedzieć? – Nie jeździmy konno. Po prostu Tomek bardzo lubi rzeźbę. Po szkole próbował zdawać na ASP, potem wyjechaliśmy w świat, ale słabość do sztuki została mu na zawsze. Z Bali przywiózł na przykład drewnianą figurę latającej Garudy – mityczny człowiek-orzeł, który jest malezyjską wersją feniksa, zdobi teraz naszą oranżerię. Któregoś dnia mąż zadzwonił do mnie z pracy, oznajmiając, że kupił białego konia naturalnej wielkości. Chciał, by stanął w ogrodzie, ale kurier, który przywiózł rzeźbę, postawił ją w salonie. I tak już została – spodobał się nam ten surrealistyczny pomysł, trochę z przymrużeniem oka – śmieje się Anna. Słowem, katedralną powagę rozbroili iście angielskim poczuciem humoru.


Tekst: Sylwia Urbańska
Stylizacja: Dorota Karpińska
Fotografie: Rafał Lipski