Zaczęło się od urządzania. Skończyło na wielkiej przyjaźni. Kamilę, projektantkę wnętrz, i Iwonę, właścicielkę domu, połączyły biele, błękity, szarości.
 


Właściwie to wcale nie chcieli się przeprowadzać. Przecież niedawno urządzili mieszkanie, nie minął nawet rok. Ale znajomy, mieszkający w Dąbrowie Leśnej, powiedział, że widział po sąsiedzku dom na sprzedaż. Uznał, że to prawdziwa okazja.

Podwarszawską miejscowość mijali co dzień w drodze do pracy, jednak z ulicy nie było nic widać, bo wszystkie wille stoją ukryte za rozłożystymi drzewami. Któregoś dnia postanowili zboczyć z trasy i przyjrzeć się tej „okazji” z bliska.

Dom w stylu dworkowym był stary, z niezagospodarowanym strychem. Ale gdy tylko ujrzeli otaczające go potężne dęby i gliniane amfory przy wjeździe, nawet wizja totalnego remontu nie mogła ich zniechęcić. Decyzja zapadła szybko. Kupili.

– Już zaczynaliśmy przebudowę, gdy tak się połamałam, że wylądowałam w łóżku. Nie ma jednak tego złego: miałam czas na surfowanie po internecie i wyszukiwanie dodatków – wspomina Iwona. Tymczasem mąż zajął się wyburzaniem starych ścian, a Kamila Chojnowska i Kasia Putka z InsideArch aranżacją wnętrz.

reklama



Od słowa do słowa, okazało się, że dziewczyny świetnie się dogadują i mają dzieci w podobnym wieku. Urządzanie przerodziło się w wielką przyjaźń.

– Bardzo lubię modernizm i gdzie się da wykorzystuję beton – zaczyna Kamila. – Mój synek na pytanie, jaki jest ulubiony kolor mamy, mówi: beton. Ale do tego domu po prostu nie pasował dizajn lat 60. Poszłyśmy w innym kierunku: styl skandynawski lekko ociepliłyśmy brązem i kolorem – opowiada.

Choć oczywiście dziewczyny z InsideArch nie byłyby sobą, gdyby nie namówiły Iwony na wyłożenie betonem klatki schodowej, na betonowy, zrobiony ze specjalnego konglomeratu, blat w kuchni i na kominek o strukturze betonu.

Iwona: – Bardzo dużo podróżujemy, mój mąż jest w ciągłych rozjazdach i często lądujemy w chłodnych hotelowych pokojach. W domu chcieliśmy więc, żeby było przytulnie, ale jednocześnie jasno, bo wnętrza z małymi oknami i drzewami nieustannie pakującymi się do środka były dość ciemne.

Stąd biele (kuchenne fronty), błękity (krzesła thonety i hokery w jadalni) i szarości (kanapy, zasłony, story w oknach – dzieło pani Małgorzaty Ruszteckiej z Izabelina) przełamane cegłą na jednej ścianie i drewnianymi panelami na drugiej.

Stąd sporo loftowych chromowanych lamp z Aquaform, Nordluxu i BBHome, które dodają wnętrzom lekkości, bielone francuskie meble, prowansalski zegar w kuchni z IKEA, kraciasta tapeta w sypialni i mnóstwo kokardek: na storach w oknach, na zagłówku łóżka, nawet na podstawach lamp.

Nie wiadomo, kiedy i gdzie kokardki pojawiły się w domu po raz pierwszy. Od razu podbiły serce Iwony. Marzył jej się mały kobiecy akcent i to był strzał w dziesiątkę – element niewielki, ale na tyle wyrazisty, by zwrócić uwagę.

Podobną rolę grają pamiątki z podróży: magnesy z USA, meksykańska rzeźba, głowa Buddy z Tajlandii, miniaturowy domek ze Szwecji, chińskie laleczki, świnka z Wietnamu, książka kulinarna przywieziona z Belgradu.

– Bałkany to nasz ulubiony kierunek. Do Chorwacji, gdzie mamy zaprzyjaźniony polski hotel Lovran niedaleko Opatii, jeździmy na najlepsze w świecie ryby, krewetki, ośmiornice i likier istre bitter z cytryną. Nawet zimą, bo tak tęsknimy za tym jedzeniem. Do Belgradu wybieramy się na najlepszego naszym zdaniem grilla. Zresztą mąż uwielbia gotować i sam często przyrządza serbską pljeskavicę, czyli coś na kształt hamburgerów, oraz czewapcziczi, serbskie mielone – mówi Iwona. Niedługo znowu się tam wybierają.


Tekst: Monika Utnik-Strugała
Stylizacja: Dorota Karpińska
Zdjęcia: Igor Dziedzicki
Kontakt do projektantek: Kamila Chojnowska i Kasia Putka, www.insidearch.pl