W słoneczne dni Ania i Kasper do późnego wieczora nie muszą zapalać lamp, bo słońce jest tu domownikiem. Wędrówkę zaczyna od przeszklonego dachu.
 

Uwielbiają tu każdy zakątek. Ich dom przypominający modernistyczny pawilon wyszedł dokładnie taki, jaki sobie wymarzyli. Niczego by w nim nie zmienili. Żałują tylko, że w podróże nie mogą zabierać łazienki – minimalistycznej, z widokiem na las.

Chociaż mają dwóch synków, Stasia i Tadzia, egzamin zdaje także biała podłoga, ba, nawet puszysta śnieżna wykładzina dywanowa na piętrze, gdzie są sypialnie.
 

Dom nowoczesny

Jeśli chodzi o bliższe kontakty z nowoczesną architekturą, to nie byli debiutantami. Nie ryzykowali, wiedzieli, w co się pakują.

– Kiedy moi rodzice wybudowali swój dom, to był dopiero szok! Początek lat 90. Wokół klasyczne domki, gdzieniegdzie pachnące dworkami, a tu nagle zza żywopłotu wyłoniła się biała futurystyczna bryła z łamanym dachem – mówi Ania. – Dużo przestrzeni, powietrza, kontrastów, czerni i bieli. Odważnie, inaczej niż wszyscy. W takim domu się wychowałam, pewnie dlatego, gdy z Kasprem postanowiliśmy zbudować własny, nawet mi do głowy nie przyszło, że mógłby przypominać willę z czerwoną dachówką, spadzistym dachem i kolumienkami.

Pokusa oczywiście się pojawiła, bo sąsiad rodziców postanowił sprzedać swój domek z piękną działką otoczoną starym żywopłotem i olbrzymimi świerkami. Uznał, iż jest mu za ciemno. Ania wspomina, że przymierzali się do przebudowy, zamówili nawet projekty, ale... – Słabo to wyglądało. Domek kostka, małe pokoiki, brązowe ściany, boazerie... Ziemię już kupiliśmy, więc nie można się było wycofać. Postanowiliśmy, że nie będziemy niczego przerabiać, tylko wyburzymy i koniec. Tak będzie najlepiej.

Projekt zrobiła pracownia Hermanowicz Rewski. – Architekci przyszli, obejrzeli działkę i najbardziej spodobała im się ściana lasu – opowiada Ania. – My uważaliśmy tak samo. Powiedzieliśmy, że zależy nam na wspólnej otwartej przestrzeni na dole oraz enklawach dla nas i dzieciaków na górze i daliśmy im wolną rękę. Gdy pokazali nam swoje pomysły, niewiele zmieniliśmy. Dostawiliśmy wsporniki w salonie, bo inaczej zamontowanie takiej ilości przeszkleń byłoby zbyt kosztowne. Cały dom trzeba by wylewać z żelbetonu, a tak udało się go wybudować w sposób tradycyjny. Na tym jednak „tradycje” się kończą.
 

Gra świateł

Po dwóch stronach ściany domu to okna: pas szkła ciągnie się wzdłuż kuchni, jadalni i salonu na parterze i od łazienki po sypialnię na piętrze. W dachu nad wysokim, przestrzennym holem zamontowano świetlik, dzięki któremu jest jasno nawet wtedy, gdy nie ma słońca. Ania: – To niezwykłe miejsce. Kiedy zapada zmierzch, zapalamy te dwie olbrzymie kuliste lampy, które wiszą na specjalnym druciku. W dzień go widać, w nocy nie. Hol wygląda wtedy niesamowicie, jak planeta, nad którą wzeszły dwa księżyce w pełni. Uwielbiam przez tę szybę oglądać niebo i słuchać, jak bębni w nią deszcz. Świetlik mamy także w garderobie, to dobry pomysł.

Korytarze można było bardziej zabudować, zagęścić, ale nie chcieli. – Dzięki temu dzieciaki mają dużo miejsca na zabawę – mówi Ania. – Odbywają się tu niewyobrażalne szaleństwa.

Urządzaniem wnętrz zajęli się sami. Pojechali do Paryża na targi Maison & Objet, żeby podpatrzeć najnowsze trendy, i wszystko stało się jasne. Dosłownie. Ania zrozumiała, że na podłodze położy białe deski, że kanapy będą w naturalnych lnach, a stół ze starego, wyszczotkowanego drewna dębowego. Od razu zresztą meble zamówili. Stół przyjechał z Hiszpanii, krzesła i sofy z Holandii, podobnie jak efektowne srebrne żyrandole nad blatem. To dzieło firmy Zenza, która ma marokańskie korzenie, a jej właściciele zatrudniają afrykańskich rękodzielników. Projekty powstają jednak w Holandii, dlatego lampy są jednocześnie i tradycyjne, i nowoczesne. – Mamy oczywiście oświetlenie halogenowe, ale rzadko go używamy. Gra świateł i cieni, jaką dają te lampy, tańczące arabeski na ścianach, są wręcz magiczne.
 

OGON NA SCHWAŁ

Jasne, przestronne wnętrza sprzyjają kreatywności i dają wytchnienie po intensywnym dniu. Gdy się wprowadzali, Ania pracowała jeszcze w Mordorze na warszawskim Mokotowie. Urodziła jednak drugiego synka i uznała, że po udanej budowie i urządzaniu domu przyszedł czas na kolejne zmiany i nowe wyzwania zawodowe. Pomysł podrzucił brat: – Możemy szyć... ogony! Taki gadżet widział gdzieś na imprezie w Anglii. W końcu nie każdy chłopiec musi być Supermanem, a dziewczynka księżniczką. Ktoś powinien zagrać też smoka – uznała Ania i tak narodził się Mr. Tail – marka, która znalazła grono wiernych fanów już w ponad 20 krajach. Na fali sukcesu założyła z przyjaciółką drugą firmę – Bim.Bla. Za dnia zajmuje się tekstyliami i akcesoriami dla dzieci, nocą – ogonami.
 

Tekst: Joanna Halena
Zdjęcia: Rafał Lipski
Stylizacja: Agata de Virion

reklama