Co takiego ma ten styl, że w ogóle się nie starzeje? W domu Oli i Piotra w najlepsze romansuje z nowoczesnością.

„Moda przemija, styl pozostaje” – mawiała Coco Chanel. Piotr cytuje projektantkę, kiedy pytam, dlaczego akurat art déco. – Zetknąłem się z tym stylem w rodzinnym Rzeszowie. Pamiętam meble w domu wuja: pełne krągłości i kryształowych szyb, zdobione geometrycznie wzorzystym fornirem. Na tle lat 70., kiedy wszystkie mieszkania wyglądały jak na „Alternatywy 4”, to był inny świat.

Piotr wpadł po uszy, dopiero gdy przyjechał do Warszawy. Studiował na SGH, którego gmach uchodzi za przykład późnego art déco. Mieszkał na Mokotowie, który objawił mu się jako zagłębie modernizmu, i zakochał się w międzywojennej sztuce użytkowej. Przez lata ta miłość wyrażała się tylko w czytaniu książek o tamtych czasach. Ale niedawno Piotr ustawił je wreszcie w salonie, w którym śmiało można by nakręcić jakiś odcinek „Czasu honoru”.

Gdy dowiedzieli się z Olą o przyjściu na świat małego Mikołaja, stało się jasne, że nie pomieszczą się w starym mieszkaniu. Zadanie nie było łatwe, bo choć o duże metraże nietrudno, to takich z duszą jest jak na lekarstwo. Swoje znaleźli przypadkiem. Spacerowali po Mokotowie, gdy wpadła im w oko przedwojenna willa. Mieli szczęście. Akurat na sprzedaż wystawiono tu 140-metrowy apartament.

 

Wysoki, jasny, z przeszklonym wykuszem i skrzypiącym, dębowym parkietem, pamiętającym czasy, kiedy do willi wprowadzali się pierwsi właściciele. Potrzebny był jednak remont. I to ekspresowy, bo do porodu zostały trzy miesiące. Szczęśliwie nie chcieli przesuwać ścian, uzyskanie zgody konserwatora zabytków trwałoby dłużej. Wymarzyli sobie, że zaczną wszystko od nowa, ale… po staremu.

 

Dom miał być przestronny i niezagracony, a meble – jak na rycinach Stefana Norblina – w kolorze ciemnego orzecha. W ten sposób trafili do Royal Arts i projektantki Marleny Kwiatkowskiej. 10 minut rozmowy wystarczyło. Nie dość, że podobnie jak oni uwielbiała art déco, to zaangażowała się tak, jakby urządzała mieszkanie dla siebie.

– To była walka z czasem – wspomina Marlena. – Musieliśmy zrobić renowację podłóg, instalacji, znaleźć meble. Antyki to świetne rozwiązanie, bo kupując je, inwestujemy lepiej niż w banku. Niestety, nie wszystko, co sobie wymarzymy, dostanie się od ręki. Kinowe fotele przywiozłam z Kołobrzegu, a przedwojenne kinkiety z Krakowa.

Jeśli nie mogła czegoś znaleźć w antykwariacie, projektowała sama. Tak powstały obudowy grzejników, fronty szaf, biblioteka, zrobiona z przedwojennej komody szafka pod umywalkę. Czasem jednak w projektach łączy odległe epoki. W przedpokoju, na przykład, lampy z art déco spotkały się z plakatami Waldemara Świerzego, przedstawiającego ulubionych jazzmanów Piotra.

Wisienką na torcie okazały się kontakty i obrotowe włączniki światła Rosenthal Berker Serie 1930. – Wszyscy nasi goście powtarzają, że takie same były u ich babć – śmieje się Ola. Ale tak naprawdę włączniki są jedną z niewielu nowych rzeczy w mieszkaniu. Reszta, np. stolik-barek z rurek, to oryginały z lat 20. i 30. XX wieku.

Piotrowi i Oli nie chodziło o zrobienie muzeum, zależało im za to na nastroju i wygodzie (dlatego w salonie ze względu na bezpieczeństwo syna postawili stoły bez kantów). Piotr ma swoją ulubioną sofę w wykuszu, Ola piękny okrągły stół i krzesła Halabali, wyżlica Gwiazda wyleguje się w fotelu obok pana. A na plakacie wyszczerzony w szerokim uśmiechu Louis Armstrong zdaje się śpiewać „What a Wonderful World”.

Tekst: Hubert Musiał
Stylizacja: Anna Olga Chmielewska
Zdjęcia: Aneta Tryczyńska
Projekt: Marlena Kwiatkowska
Za pomoc w przygotowaniu sesji dziękujemy firmom: Decoteria, NAP, BoConcept, Likus Concept Store

reklama