Tu musiało się wtrącić przeznaczenie. Ten sam dom wybrali trzy razy, myśląc, że to różne wille. Kiedy go zobaczyli w naturze, polubili się od razu. Pozostało tylko jedno: kupić.

Anna dwanaście lat temu: z dyplomem psychologa klinicznego robi karierę w korporacji. Ma pieniądze, fajną pracę, jednak dzień w dzień wraca do domu po dwunastu godzinach. Mieszkają z mężem Adamem na Ursynowie. Są szczęśliwi, ale coś jest nie tak.

Anna osiem lat temu: jest w ciąży z Julkiem. Już wie, że 58-metrowe mieszkanie nie wystarczy dla trójki. Zapada decyzja, aby kupić dom. Wertują więc oferty biur nieruchomości, drukują te, które wpadły im w oko. I tak trafiają pod Warszawę do Michałowa Grabiny. – Okazało się, że nasz dom wybraliśmy aż trzy razy. Proponowały go trzy agencje, a zdjęcia robiono o różnych porach roku. Wydawało nam się, że to trzy podobne wille – tłumaczy rozbawiona.

Zdecydowali się, bo przywoływał dobre skojarzenia. – Było z nim jak z człowiekiem, polubiliśmy się od razu – dodaje. Miał jeszcze inne zalety: stał kilkaset metrów od lasu, a przez sąsiednią działkę przechodził rów melioracyjny, wiadomo więc, że nikt się tam nie pobuduje.

Anna sześć lat temu: w gumowcach, z malutkim Julkiem na ręku dogląda przebudowy. W domu znikają niektóre ściany, taras zamienia się w oranżerię z drzwiami rozsuwanymi na cztery metry, a trawnik w taras z kominkiem. Anna ma zaufaną ekipę, której przewodzi jej… tata. Córka z ojcem rozumieją się bez słów. – Dwa razy mieliśmy burzę – śmieje się. – Raz poszło o pralnię, bo zaplanowałam ją na piętrze, a tata twierdził, że powinna być na parterze. Gorzej było z gniazdkiem nie po tej stronie drzwi, afera na całego, ale udało się ją zażegnać – dodaje.

W tym czasie wertowała magazyny wnętrzarskie i rozglądała się dookoła. – Ja tak mam, że inspiruje mnie wszystko. Kiedy zobaczę wazon na wystawie sklepu, to myślę sobie, jak super wyglądałby na stoliku w holu. Potrafię siedzieć, wpatrywać się w jeden punkt i układać sobie te wszystkie wrażenia, które zebrałam po drodze. Nigdy też nie zaprojektuję domu jak w pudełku – opowiada. – Mąż oddał wszystko w moje ręce, ponieważ uważał, że zrobię to najlepiej. Urządzaniem mieszkań zajmuję się zawodowo.

Anna pięć lat temu: szuka mebli, drobiazgów, tkanin w klimacie Skandynawii, Holandii i Francji. To, co zabrali z małego mieszkania, w 250-metrowym domu jakoś zniknęło. – Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Tym bardziej że na świecie miał pojawić się drugi syn, Jeremi. Za nic nie chciałam wracać do korporacji. Marzyłam o zajmowaniu się dziećmi i pięknymi przedmiotami. Dlatego otworzyłam w sieci sklep z rzeczami do domu – wspomina.

Anna teraz:  cieszy się sukcesem. Internautki szybko ją odnalazły, polubiły blog.malabelle.pl. Ale najważniejsze jest to, że sama decyduje o swoim życiu. Jej sklep „w realu" mieści się przy ulicy Polnej w Warszawie. Trochę tu industrialne, w sam raz do pokazania skandynawskich, holenderskich czy francuskich mebli i drobiazgów. – Są tu ogromne okna i kute kraty, które pomaluję na antracytowo – rozmarza się. Wszystko już ma w głowie zaplanowane i uporządkowane, jak to pani psycholog.



Tekst: Beata Woźniak; Stylizacja: Dorota Karpińska; Zdjęcia: Aleksander Rutkowski
Właścicielka: Anna Rusiniak-Malinowska, Showroom ul. Polna 18/20 w Warszwie

reklama