Opowieść o biżuterii Ewy Rudowskiej to historia jak z filmu. Pani fotograf zostaje jubilerem, bo znajduje liść. A potem okazuje się tak dobra, że zdobywa jubilerskiego Oscara, który jak dotąd nie trafił do żadnego innego artysty z Polski. 


Zaczęło się od tego, że Ewa zawsze miała dobre oko i potrafiła wypatrzyć to, co inni przegapiali. Pracowała jako fotograf dla Zamku Królewskiego. Był koniec lat 90., gdy na spacerze obok swojego letniska nad Pisą znalazła brzozowy listek tak mocno wyczyszczony przez piasek, że widać w nim było tylko żyłki.

Zabrała go do domu i próbowała sama osiągnąć taki koronkowy efekt. Miesiące prób i udało się. Czyściła setki liści piaskiem, a potem kleiła z nich przepiękne firanki, serwetki, tkaniny. – W pewnym momencie wszyscy zaczęli pytać, jak to się pierze. Żeby już więcej nie pytali, postanowiłam wymyślić coś bardziej trwałego – żartuje.

Zaczęła robić biżuterię. Zanim wyszła idealna, znowu miesiącami ciężko pracowała. Wyczyszczone fragmenty roślin pokrywa miedzią, galwanizuje srebrem albo złotem, a potem układa w kolie, bransoletki, broszki, pierścionki.

reklama



Efekt jest tak misterny i piękny, że gdy w 2002 roku wysłała zgłoszenie na konkurs Światowej Rady Złota (tam zdobyła Oscara – Gold Virtuosi) skan gotowej kolii, celnicy zatrzymali go na granicy. Byli przekonani, że to stara i cenna grafika. 

Złote i srebrne liściany – jak mówi o swojej biżuterii – trafiają do galerii i na wystawy na całym świecie: Berlin, Londyn, Rzym, Nowy Jork, Japonia, Dania. Płyną zamówienia. Pewien Anglik wysyła list z liściem i prośbą, by z ukochanego platanu zrobiła mu zawieszkę na szyję, siostrzenica zamawia welon z liści, śpiewaczka operowa z Florencji wkłada jej naszyjniki i bransolety na każdy występ. 

O drzewach Ewa wie już chyba wszystko. Nazbierała tysiące liści, ale nie każdy z nich nadaje się na biżuterię. Część ma słabe... nerwy. Dobre są czeremcha amerykańska, brzoza, klony, jawory, przykwiatek lipy albo strączyn. Na razie nie udało się z miłorzębem. Ale Ewa na szczęście nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. 


opracowanie: Katarzyna Sadłowska 
zdjęcia: Norbert Piwowarczyk/Studio 565 
Ewa Rudowska  
ewarudowska.com