Uratował go nocnik, jeździł czołgiem i malował na ścianach trupie czaszki. Kuba Sienkiewicz, solidny lekarz i szalony artysta w jednej osobie.

 


Dzieciństwo spędziłem w Gdańsku-Oliwie, w domu z werandą

To było osiedle drewnianych fińskich domów zbudowanych dla oficerów niemieckich w 1944 roku. Piękne miejsce. Moja rodzina przywędrowała do Gdańska na raty ze świętokrzyskiego. Mama – jako pięciolatka, z kartką na szyi i kozą – jechała na platformie aż trzy dni. Takie historie, jak i opowieść o moim cudownym ocaleniu dzięki żeliwnemu niemieckiemu­ nocnikowi, krążyły w rodzinie. Ale ten nocnik faktycznie uratował mi życie, kiedy zwaliła się na mnie biblioteka z książkami. Oparła się na nim, a ja szczęśliwie zmieściłem się między meblem a podłogą.  


Ostrożny pirotechnik

Jako chłopak miałem dużo wolności i włóczyłem się po okolicy. Za domem był sad, a dalej już oliwskie lasy, po których jako 7-8-latek samotnie buszowałem. Kiedyś się zgubiłem i po wielu godzinach marszu wyszedłem koło klatki w wilkami. Okazało się, że doszedłem aż do zoo, które z drugiej strony nie miało ogrodzenia. W trójmiejskich lasach były piaszczyste skarpy – idealne miejsca, by się rozpędzać i bezpiecznie skakać. Zimą mieliśmy darmowe tory saneczkowe. Pierwotnie były to wykopy z czasów wojny, ale akurat tam znaczące walki się nie toczyły. Dzięki temu jeździliśmy niemal profesjonalnymi trasami, które w zależności od długości nazywaliśmy trzy-, pięcio- lub siedmiominutówami.


Wielką atrakcją były też bunkry. Jeden tuż za moim domem

 

Tajemniczy labirynt, w którym jednak nie można się było zgubić, bo zawsze się w końcu trafiło na jakieś wyjście. Ale wynaleźliśmy za to przednią zabawę: kradliśmy z budów farby fosforyzujące. Namalowana trupia czaszka, którą podświetliło się latarką, jeszcze długo potem świeciła w ciemności.  
W domu zostały po Niemcach różne „pamiątki”, między innymi pas nabojów do ręcznego karabinu maszynowego. W dobrym stanie. Naoliwiony! Uzyskiwałem z nich proch do pirotechnicznych zabaw, choć nigdy nie przesadzałem, bo wiedziałem, czym może się skończyć wrzucanie pocisków do ogniska. Na strychu znalazłem też ogromny klaser ze znaczkami przedstawiającymi różne miasta świata. Cenna rzecz. Szkoda, że przehandlowałem na kapsle i żelazne samochodziki. Podczas odnawiania jednego z pokoi odkryłem, że cały był wytapetowany gazetami z lat stalinowskich. Ale się wtedy naczytałem! O wrogach ludu, o czujności klasowej, o socjalistycznym współzawodnictwie pracy i zakusach imperialistów. Dom był duży, babcia wynajmowała więc pokoje stoczniowcom. Część z nich po Grudniu ’70 nigdy nie wróciła. Wtedy byłem też świadkiem, jak z lasu wyjechały czołgi. Przez moją ulicę Podhalańską przejechały do miasta. Byłem dumny, że jeden z żołnierzy wziął mnie na wieżyczkę i przewiózł wzdłuż ulicy. Dużo później zrozumiałem, gdzie i po co te czołgi jechały.


Ciociu, zadzwoń do Kiszczaka

Kiedy przeniosłem się do Warszawy, był rok 1975. Zamieszkaliśmy na Żoliborzu, na Słodowcu. Akurat zaczęła się budowa Trasy Toruńskiej, która zakończyła się dopiero w tamtym roku. Trwała więc 40 lat! W moim życiowym krajobrazie od zawsze był ten stały element budowy i przyznam, że teraz, mimo idealnej przepustowości na drodze, czegoś mi brakuje (śmiech). To w tamtym czasie pierwszy raz wyjechałem do stryja, który w latach 50. uciekł z Polski do Anglii. Kilka razy zapraszał mnie do Londynu i na grecką Itakę, bo miał tam mieszkanie na wakacje. Kiedy w połowie lat 80. chciałem zabrać do niego żonę i syna, odmówiono mi paszportu. Urzędnicy napisali, iż mniemają, że mogę nie wrócić do Polski. Wówczas po raz pierwszy i ostatni uciekłem się do protekcji. Zwróciłem się do mojej ciotki, aktorki Krystyny Sienkiewicz. Ona dobrze znała Czesława Kiszczaka, rozmowa zatem była krótka: „Czesiu - zagaiła - oszalałeś?”. Tydzień później wszyscy mieliśmy paszporty.


Żoliborz to dla mnie ważne miejsce.

Tam chodziłem do liceum im. Joachima Lelewela, gdzie uczyli mnie świetni nauczyciele. Wtedy wszyscy dyrektorzy byli partyjni, ale niektórym, jak naszej pani dyrektor Podkowińskiej, udawało się wykonywać dobrą robotę. Zatrudniała tych, którzy z powodów politycznych nie mogli znaleźć pracy na uczelniach. Na przykład profesor Annę Radziwiłł, z pasją uczącą historii, albo mojego wychowawcę Mirosława Sawickiego, późniejszego ministra edukacji w rządzie Marka Belki. To były czasy, kiedy fascynowali mnie artyści śpiewający swoje teksty, między innymi Jacek Kaczmarski, Jacek Kleyff, Andrzej Garczarek, Kazimierz Grześkowiak, Zbigniew Raj, Grzegorz Bukała i wielu innych. Nauczyciel fizyki - był nim mój wychowawca – uczył nas ważnych i ciekawych piosenek oraz współczesnej historii Polski.
Jednak chyba największy wpływ wywarł na mnie Jan Kelus. Gdy studiowałem już medycynę, byłem świadkiem niesamowitego z mojego punktu widzenia zdarzenia. Kelus, który był nauczycielem akademickim, pracownikiem Zakładu Socjologii Akademii Medycznej, podczas strajku okupacyjnego w 1981 roku jednego dnia dał świetny wykład z dziedziny socjotechniki, a drugiego recital. Śpiewał piosenki, których od lat słuchałem z taśm i kaset drugiego obiegu. Wtedy pomyślałem: ja też tak chcę!

 


Rock i pacjenci

Pisałem do szuflady. Nie wyobrażałem sobie biegania z tekstami do cenzury, a zatem o występach nie było mowy. Kiedy jednak zmienił się ustrój, a ja właśnie zrobiłem doktorat, poczułem, że narażam się na zbyt ustabilizowane życie. Rock’n’roll to było coś, czego potrzebowałem. Zacząłem śpiewać i występować, dzieląc czas między medycynę i show-biznes. Poszło dobrze. I tak bujam się do dziś. Słowo „rock” oznacza przecież „bujać się”.
Nie zbieram pamiątek, nie obrastam w przedmioty. Zmieniam miejsca zamieszkania, jestem typem wędrowca mimo woli. Jedna rzecz jest jednak ze mną od wielu lat. To książka, pięknie wydana antologia poezji niezależnej pod redakcją Stanisława Barańczaka pod tytułem „Poeta pamięta”. Ktoś przeszmuglował ją z Londynu w latach 80. To bardzo ważna pamiątka. Zachowałem też kilka reprodukcji, które wspólnie z mamą naklejaliśmy na deski do wieszania na ścianie - Bosch, Bruegel i Dürer. Z Oliwy nic się nie zachowało, ale na szczęście są fotografie. No i to, co mam wciąż w sercu.

KUBA SIENKIEWICZ, muzyk rockowy, wokalista i gitarzysta, autor tekstów, lider zespołu Elektryczne Gitary. Z wykształcenia lekarz neurolog, ma stopień doktora nauk medycznych i cały czas pracuje w swoim zawodzie. Bratanek aktorki Krystyny Sienkiewicz.

 

Rozmawiała: Sonia Ross

Zdjęcia: Robby Cyron, archiwum prywatne

reklama