Dorota Szelągowska - wywiad

 

Kiedyś urządzała domy dla lalek, malowała olejną farbą meblościanki i marzyła o posadzie pomocy domowej. Dziś milionową widownię uczy, jak starą oponę samochodową zmienić w ekskluzywny stolik... 


W życiu przeprowadzałam się dwadzieścia kilka razy. Ale nie mam z tym problemu, ponieważ kocham zmiany. Właśnie te wieczne przeprowadzki nauczyły mnie, że nieważne, czy żyjemy w wynajmowanym, czy własnym mieszkaniu, bo zawsze możemy urządzić ładnie.

 

Dorota Szelągowska - dzieciństwo i młodzieńcze lata

 

Stylu i klasy w tej kwestii nauczyłam się od babci Lidii, polonistki, redaktorki, najmądrzejszej osoby na świecie. To z babcią tkałam kilimy, malowałam, szyłam. W jej mieszkaniu, kompletnie niebabcinym, wisiała na ścianie wielka złota rama, a w niej dużo mniejszych, ze zdjęciami, obrazkami, grafikami. Babcia robiła niebanalne bukiety, a prezenty dla przyjaciół pakowała w szary papier, owijała sznurkiem, a do tego dokładała efektowne dodatki. To wszystko działo się w latach 80.

Już jako dziecko bez przerwy jeździłam meblami po domu. Gdy mama wychodziła do pracy, przesuwałam w wąskim korytarzu pianino, a jej sypialnię zamieniałam ze swoją. Kiedy wracała, wściekała się trochę, ale za chwilę przyzwyczajała się do zmian. 

Jako siedmiolatka z kluczem na szyi ugotowałam pierwszy obiad. Mieszkałyśmy w bloku na warszawskiej Woli. Piekarniki gazowe nie wzbudzały wtedy specjalnego zaufania, a ja chciałam upiec smacznego kurczaka w ziołach. Zadzwoniłam do mamy po radę. Pracowała wówczas w Krajowej Agencji Wydawniczej jako korektorka. Gdy opowiedziałam jej o swoich planach, rzuciła przerażone „Jezus Maria”, wezwała taksówkę i pół godziny później stanęła w progu. Na szczęście piekarnik nie wybuchł, a kurczak właśnie dochodził. Był naprawdę przepyszny. 

Moja ulubiona zabawa w dzieciństwie polegała na tym, że z całego regału wyrzucałam książki i urządzałam w nim domek dla lalek. Tapetowałam gazetami, z tektury robiłam meble, dekorowałam skrawkami materiałów. Kiedy wszystko było gotowe, nie wiedziałam, co robić dalej. Bo potrafiłam tylko urządzać wnętrza lalkom, ale już bawić się nimi – nie. Marzyłam, że kiedyś zostanę pomocą domową. Inne dzieci chciały być pilotami, stewardesami, piosenkarkami. A ja się uparłam przy pomocy domowej, bo myślałam, że to ktoś taki, kto gotuje, mebluje, dekoruje. Nikt wtedy przecież nie słyszał o zawodzie projektanta wnętrz, a mnie się marzyło upiększanie. 

Gdy byłam w liceum, mama wybudowała w Milanówku domek. Nie miałyśmy tam ogrzewania, więc jak chciałam mieć ciepło, musiałam sobie przed szkołą i po szkole narąbać drewna. Pralkę dostałyśmy od znajomych, ale miała ten feler, że w trakcie wirowania otwierały się drzwiczki i do tego kopała prądem. A więc jak prałam, musiałam siedzieć obok na drewnianym stołku i przytrzymywać zamknięcie kijem.

Żyłyśmy za grosze, a ja chciałam mieć ładny pokój, dlatego wyszukiwałam, kombinowałam, przerabiałam. Cudem na przykład zdobyłam kawałek błękitnej wykładziny, gierkowską meblościankę pomalowałam żółtą farbą olejną, ściany ozdobiłam, czym mogłam. Czułam się tam bosko. Tuż obok mieszkała Zośka, czyli Ula z książek mamy (Katarzyna Grochola, przyp. red.), która miała dwie córki i świetny gust. Ich pokoje mnie inspirowały. Jeden miał czarne ściany i szkocką kratę, drugi był romantycznie pastelowy, w oryginalne pasy. 

 

Dorota Szelągowska o potrzebie piękna


Kiedy zamieszkałam w Warszawie i urodził się mój syn Antek, nadal nie opływałam w gotówkę, ale wciąż miałam potrzebę piękna. Marzyłam o tapetach do połowy ściany. Zrobiłam je sobie z papierów do pakowania prezentów. Któregoś dnia postanowiłam, że uszyję zasłony z mięsistej tkaniny. I szyłam je ręcznie cały dzień.

reklama



Powiedziałam mojemu ówczesnemu narzeczonemu, że robię coś ładnego. Zmęczona i dumna powiesiłam je tuż przed jego przyjściem, a potem czekałam w napięciu na pochwałę. Wszedł i widziałam, jak bardzo chce się zachwycić moim dziełem. Wkroczył do salonu, przeszedł obok zasłony, stanął przed firanką w kuchni, która wisiała tam od roku, i powiedział: – No pięknie. 

Brak pieniędzy i życiowe przeciwności wyzwoliły we mnie pomysłowość. Wcale nie musimy mieć rzeczy z najwyższej półki, żeby urządzić oryginalne wnętrze. W dodatku wiele możemy zrobić sami. Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy wzięłam do ręki wiertarkę i powiesiłam półki na ścianie. Leżały i leżały, narzeczony nie miał czasu. Poczułam się wspaniale, to było uwalniające, a jednocześnie proste, wręcz banalne. Każdy może się tego nauczyć, wcale nie trzeba czekać na fachowca. Od tamtej pory posuwałam się w remontach i przeróbkach coraz odważniej.

 

Dorota Szelągowska - inspiracje


Inspirowało mnie wszystko. Oglądałam zagraniczne katalogi, podpatrywałam zdjęcia z pierwszych sesji. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że powinnam pójść na ASP, bo fascynowało mnie też dziennikarstwo. Przez kilka lat prowadziłam program dla młodzieży „Rower Błażeja”. Później byłam jego wydawcą, pracowałam przy kolejnych audycjach. Krótko mówiąc, telewizja kompletnie mnie pochłonęła. Ale cały czas projektowanie i urządzanie było moją drugą pasją. W pewnym momencie uznałam, że powinnam je zalegalizować i poszłam na kurs dla projektantów wnętrz. Dostałam dokument uprawniający do pracy w tym zawodzie.

Teraz, po wielu latach bycia projektantką, kiedy zdobyłam już doświadczenie, a w telewizji są moje dwa autorskie programy, mam także poczucie misji. Dodaję ludziom odwagi do wprowadzania zmian, bo sama wciąż nie mam ich dość, ciągle mi mało.

My, Polacy, z jednej strony jesteśmy ultrakreatywni, a z drugiej – rzadko wpadamy na pomysł, żeby chociaż meble poprzestawiać w pokoju. Mam wrażenie, że to pokłosie życia w mieszkaniach, w których mieścił się tylko jeden model meblościanki i mieli go wszyscy sąsiedzi. Z ostrożności tkwimy także latami w tym samym kolorze ścian, sądzimy, że musimy mieć dużo miejsca do przechowywania. Ale właściwie czego? Dwudziestu obrusów po babci, których wcale nie używamy? Zestawu pościeli z kory, która nadaje się na szmaty? Na szczęście to się zmienia. 

Dorota Szelągowska, dziennikarka, projektantka wnętrz, mistrzyni robienia czegoś z niczego. Prowadząca programy w TVN oraz TVN Style, autorka bloga www.dorotaszelagowska.pl. Prywatnie mama 15-letniego Antka. Jej ulubionym miejscem na ziemi jest dom na Warmii. 

tekst: Sonia Ross
zdjęcia: Celestyna Król