Iga Cembrzyńska - wywiad

 

Była Marysią, a została Igą. Miała być pianistką, ale wybrała aktorstwo. Może po to, żeby spotkać największą miłość swojego życia – Andrzeja Kondratiuka. 


Najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa? Te lata mi się zamazały, bo ja bardzo długo żyję, na szczęście. (śmiech) Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam pianino w naszym domu, przywiezione przez ojca, który grał na wielu instrumentach. Coś takiego się we mnie stało, że nie mogłam się od niego oderwać. Posłano mnie potem do szkoły muzycznej. Ojciec wymarzył sobie, żebym została pianistką. Ale nią nie zostałam, choć grałam całkiem nieźle. 

Rodzice bardzo się kochali. Mimo szalejącej wojny jakimś cudem dawali mi poczucie bezpieczeństwa. Jako dziecko widziałam, że bomby lecą, że tata został trafiony szrapnelem, przeszłam wtedy rzeczy okropne… Miałam jednak ukochanego psa i cudownego królika, który wskakiwał mi na ramię.

Pamiętam, jak żal mi się zrobiło, kiedy trzeba było wypuścić z domu Gacka, naszego nietoperza. Tata, który rozbudził we mnie miłość do zwierząt, stał obok mnie i pocieszał: „Nie płacz, Gacek musi latać. Widzisz te ptaki na niebie? Ty też będziesz kiedyś fruwać jak one”. Ale był bardzo zbulwersowany faktem, że poszłam do szkoły aktorskiej. Ten zawód wydawał mu się frywolny. Co innego pianistka. Wybierając aktorstwo, pomyślałam nawet, że popełniam grzech, i poszłam do księdza się wyspowiadać. A on mnie uspokoił, mówiąc: „To nie grzech, tylko powołanie”.

 

Iga Cembrzyńska: pożegnanie z Marią

 

Do warszawskiej PWST dostałam się bez problemu. Zapamiętałam słowa Bardiniego na pierwszych zajęciach: „Maryśki, wstańcie!”. Wstało nas sześć, w tym ja. A Bardini: „Ponazywajcie się jakoś, bo mi się mylicie”. Następnego dnia mówię: „Panie profesorze, to ja od dzisiaj będę Igą”. Pokręcił nosem: „Co to za dziwne imię dla aktorki?”.

Już jako Iga wystąpiłam w Opolu z piosenką Agnieszki Osieckiej „Intymny świat”, za którą zdobyłam nagrodę. Rok później zaśpiewałam z Bohdanem Łazuką o kochasiu, co poszedł w siną dal, i znów dostałam nagrodę. Przed występami miałam straszliwą tremę, którą z trudem udawało mi się opanować.

Sama szyłam sobie kostiumy, ale najładniejsze szyła mi pani Irenka z mojego rodzinnego Radomia. Nie zapomnę prostej koronkowej sukienki, którą przygotowała mi na Opole. Moim guru był wówczas Krzysiu Komeda, szef festiwalu. Słysząc, jak śpiewam, powiedział: „Będzie z ciebie człowiek estrady”. Byłam wtedy taka dumna, chodziłam i powtarzałam jak mantrę: „Mam talent”, choć kompletnie w to nie wierzyłam.

reklama



Najważniejsze w aktorstwie jest to, by nie utonąć w zachwycie nad sobą. Widocznie jednak coś w sobie miałam, bo Hass obsadził mnie w „Pamiętniku znalezionym w Saragossie”, u Morgensterna zagrałam w „Jowicie”, poza tym grałam w teatrze u Hanuszkiewicza.

 

Iga Cembrzyńska o miłości


Czy przytrafiały mi się miłości? Jak już ktoś mi się spodobał, to wpadałam jak w studnię. Ale ja się w facetach nie zakochiwałam, raczej oni we mnie. Z jednym wyjątkiem – kiedy Andrzej Kondratiuk, już wówczas znany reżyser, pojawił się w moim życiu, serce mocno mi zatrzepotało. Nawet nie był w moim typie. Każdy marzy o spotkaniu w życiu swojej drugiej połówki. Ja ją znalazłam. Dane mi było przeżyć bajkę, tak pamiętam wybuch mojej wielkiej miłości. Wydała mi się snem.

Musiałam się przestraszyć tego uczucia, bo napisałam Andrzejowi kartkę i wsunęłam w drzwi mieszkania. Kilka zdań, że nie możemy być razem, że przepraszam, że może jeszcze kiedyś się zobaczymy. Wsiadłam w samochód i odjechałam. Chwilę później przeżyłam szok – pod koła mojego auta rzucił się jakiś mężczyzna. Nie mogłam uwierzyć, to był Andrzej: „Chcesz mnie zabić, wariatko? Zostawiasz mnie, przecież i tak będziemy razem!”. Nie wiem, jak się znalazł na tej drodze. 

Byliśmy jak Adam i Ewa, żadne z nas bez siebie nie istniało. Wyczuwaliśmy nawet swoje myśli. Nieraz byłam gdzieś daleko, w innym kraju, on do mnie dzwonił, a ja w tym samym czasie do niego. Mówił to, co chciałam mu akurat powiedzieć. Absolutnie graliśmy na jednej strunie.

W którymś momencie postanowiliśmy wyjechać z Warszawy na wieś. Wybór padł na Gzowo. O kupnie kawałka ziemi pod Pułtuskiem zadecydował Jędrek, jak zawsze z wdziękiem i szaleństwem. Sami robiliśmy wszystko, przywieźliśmy piękne sosnowe drewno na nasz dom, który nazwaliśmy Dziuplą. Szybko wypełniła się zwierzętami, bo Jędruś kochał wszystkie zwierzęta. Jak widział psa na łańcuchu, zaraz chciał ten łańcuch przecinać. Tak pojawiły się u nas psy As, Azor, Kuba czy koty Bahomet i August, że nie wymienię wszystkich. Jednego kota ktoś chciał utopić, inny jadł żaby z głodu. Każdy miał swoją historię, tragiczne przeżycia. I naszą miłość.

Czasem podróżowaliśmy z nimi samochodem. To było czyste wariactwo! Siedziałam za kierownicą z kotem na kolanach, obok mnie na miejscu pasażera siedział As, z tyłu siedział Andrzej z resztą psów i kotów. I cała menażeria jechała do Gzowa! Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś wyłowiliśmy z jeziora rybę olbrzyma i Andrzej musiał ją ogłuszyć. Potem długo milczał, ja płakałam. Nigdy więcej nie łowiliśmy ryb. My, zapaleni wędkarze!

W Gzowie nakręciliśmy „Gwiezdny pył”, „Mleczną drogę”, „Wrzeciono czasu” i wiele innych filmów. To była gra, poker, nigdy nie wiedzieliśmy, czy uda się je zrobić. Nie szukaliśmy sponsorów, to było nasze kino. Wkładaliśmy w nie wszystkie nasze oszczędności, moje gaże aktorskie za recitale i role u innych reżyserów. Aktorzy wiedzieli, że szybko nie dostaną honorariów, a grali u nas Maklakiewicz, Himilsbach, Gajos, Chamiec, poza tym brat i rodzice Andrzeja, my sami i nasze zwierzęta.

Robiliśmy w kilka osób tyle samo, ile 30-osobowa ekipa. Dźwigaliśmy kamery i statywy, nosiliśmy wodę ze studni. Po efekty dźwiękowe chodziliśmy do lasu, polowaliśmy na śpiew słowika. Wstawaliśmy o świcie, by uchwycić wschód słońca. Andrzej tygodniami czekał na odpowiednie światło i chodził wściekły, gdy akurat lał deszcz. A jak już było to słońce, krzyczał na całe Gzowo: „Igusia, mam, mam słońce, ułapałem kamerą, chodź szybko!”. Mówił, że życie bez kamery jest jak niebo bez gwiazd. Tworzył kino jakby w innym wymiarze. Sam robił pioruny w kadzi na wino dla Dziada z „Gwiezdnego pyłu”, który uruchamiał elektrownię. Sam skonstruował transformator z części znalezionych na złomowisku! 

Życie z Andrzejem nie przypominało sielanki. Bywał uparty i zaborczy, ale też delikatny i wrażliwy jak zodiakalne Raki, którymi oboje jesteśmy. Rządził w ważnych sprawach przekonany, że jest Lwem. Nie wyprowadzałam go z błędu.

Kiedyś trudno mi było uwierzyć, że można tak kochać. Ale uwierzyłam. Dlaczego płaczę? Bo to się skończyło. Mąż po długiej chorobie odszedł. Przez ostatnie lata bardzo cierpiał. Budzę się pełna pretensji do życia, dlaczego Pan Bóg mi go zabrał? Bez niego nie istnieję. Wszystkie soki twórcze były od Jędrusia. Uczył mnie na przykład, jak stać i wyciągnąć szyję, żeby nie podkreślać podbródka, kiedy już miałam więcej lat. Jeszcze nie tak dawno mi mówił: „Iga, pamiętaj, głowa do góry!”. Staram się bardzo. Pewnie chciałby widzieć mnie uśmiechniętą.


Iga Cembrzyńska – wybitna aktorka, piosenkarka i producentka filmowa. Muza i żona Andrzeja Kondratiuka. Z artystką rozmawialiśmy przy okazji promocji książki „Mój intymny świat. Iga Cembrzyńska w rozmowie z Magdaleną Adaszewską”, wyd. Prószyński i S-ka.

rozmawiała: Elżbieta Pawełek 
zdjęcia: archiwum prywatne/Wydawnictwo Prószyński i S-ka