Marek Niedźwiecki

 

Zanim Marek Niedźwiecki został radiowcem, recytował wierszyki w masarni, a w nagrodę dostawał kawałek kaszanki.

Dlaczego nigdy nie chciałem zostać strażakiem? Panicznie bałem się straży pożarnej i syren. W Szadku moi dziadkowie mieli stuletni gliniano-drewniany dom, który kiedyś się zapalił. Tak mocno to przeżyłem, że jeszcze długo po tej historii wydawało mi się, że w każdym domu przynajmniej raz musi wybuchnąć pożar. Śniło mi się to po nocach. Teraz, trochę chyba dla równowagi, mam inną traumę – boję się zalania, bo moja sąsiadka już trzy razy to zrobiła.

Byłem dzieckiem z prowincji i miewałem kompleksy. Dały o sobie znać, zwłaszcza kiedy prosto z Szadka dostałem się do liceum w Zduńskiej Woli. Wtedy wydawała mi się olbrzymia. Jeździliśmy tam do kina na panoramiczne filmy, na zakupy, do kawiarni i mówiliśmy, że jedziemy do miasta.

 

Marek Niedźwiecki - dzieciństwo

 

Mama była moją wychowawczynią i miało to pewne zalety. Mogłem na przykład przewidzieć, kiedy będzie klasówka – dzięki temu cieszyłem się w klasie popularnością. Za to musiałem zapomnieć o wagarach i o rozrabianiu z chłopakami. W podstawówce i średniej byłem prymusem, ale nie dlatego, że wkuwałem, łatwo przychodziło mi zapamiętywanie nowych informacji. Wyższą szkołę, Politechnikę Łódzką, skończyłem na trójkę. Temat pracy dyplomowej? „Technologia i organizacja budowy pawilonu handlowego SPS 1300”.

Szkoła to także kółko recytatorskie. Miałem donośny głos i jakoś mi szło. Dotarłem nawet do centralnych eliminacji i dostałem wyróżnienie. Dziś tak sobie myślę, że to był chyba pierwszy krok w kierunku radia. Dzięki wierszom uczyłem się ładnie mówić po polsku. Wtedy pokochałem poezję. Recytowałem Broniewskiego i Majakowskiego – takie były czasy – ale nie tylko patriotyczne historie.

„Ja nie chcę wiele: / Ciebie i zieleń, / i żeby wiatr kołysał / gałęzie drzew, / i żebym wiersze pisał / o tym, że… / każdy nerw, / każda chwila samotna, / każdy ból – jakże częsty, jak częsty! / – zwiastuje otchłań, / mówi: nieszczęsny…”. Czytałem to później nocami w Trójce. Mało kto wiedział, że to Broniewski. Kobiety pisały do mnie: „Zrozumiałam, przyjeżdżam, czekaj na mnie na dworcu”. Ze strachu przestałem więc czytać. Do dziś jednak mam słuchaczki, które piszą do mnie dziwne rzeczy. Raz spytała mnie dziewczyna, czy jestem tym Niedźwieckim, który ją wykorzystał w 1984 roku na wakacjach, bo jej się wydaje, że to ja.

Przed wojną ośmiu na dziesięciu rzeźników w Szadku nosiło nazwisko Niedźwiecki. Był to fach z dziada pradziada, ale niestety, ani moja siostra, ani dwaj bracia, ani ja nie poszliśmy w ich ślady. Mój tata za to uwielbiał swój zawód. Przyrządzał mnóstwo smakołyków, jego specjalnością był zawinięty w pęcherz schab, najpierw pieczony, a potem wędzony. Nigdy nie udało mi się znaleźć smaku mielonych taty, choć od lat bawię się w te kotlety...

W czasach kartek żywnościowych swoją zawsze oddawałem mamie. Miała większe szanse na wykupienie, była żoną nie byle kogo, bo pana Wojtka Niedźwieckiego, kierownika masarni. Dlatego mięsa nigdy nam nie brakowało.

Do masarni zanosiłem tacie drugie śniadanie albo wołałem go na obiad. Opowiadał, że stawałem wtedy na stole, mówiłem wierszyk i w nagrodę dostawałem kawałek kaszanki od jego kolegów. Nie lubiłem tego miejsca. Dziwnie pachniało. A rzeźnia była przerażająca z tymi wiszącymi półtuszami.

Wakacje to jagody, maliny, poziomki, bo Szadek otoczony jest lasami. Moje dzieciństwo to również zbieranie grzybów. Suszyło się je, gotowało, marynowało. Każdy z nas miał swoje ulubione miejsce, gdzie znajdował prawdziwki, maślaki czy krawce, czyli czerwone koźlaki.

Na dalsze wycieczki jeździliśmy wozem konnym. Rodzice skrzykiwali się ze znajomymi, a my, dzieciarnia, wskakiwaliśmy na wóz i start. Moje ulubione grzyby? Prawdziwki oczywiście. Mam nawet swój tajny przepis. Grzyby kroję na pół. Potem na patelni podsmażam delikatnie pokrojony w talarki ząbek czosnku, ale nie za długo, żeby nie zgorzkniał. Gdy zaczyna skwierczeć, kładę na niego grzyby. Solę, pieprzę i przykrywam. Jeśli prawdziwki szybko nie puszczą wody, można jej ciut dolać, żeby się nie spaliły. Gdy woda odparuje, przewracam prawdziwki na drugą stronę. I gotowe. Tylko trzy minuty, ale palce lizać!

Byłem kolesiem do umawiania. Dziewczyny lubiły mnie, wysokiego szczuplaka z czarnymi włosami, wtedy nie nosiłem okularów. Zacząłem za nimi szaleć dopiero w liceum. Z zazdrością patrzyłem na kolegów, którzy zmieniali narzeczone jak rękawiczki. Ja trzymałem dystans, to dziewczyny mnie wybierały, a potem zdobywały. Tak mi chyba zostało? Jeździliśmy na rajdy, były pierwsze pocałunki, przechadzki po lesie. Ela, Mariola, Baśka, hm, jednak trochę się ich nazbierało. Należałem raczej do wiernych, jeśli byłem w związku z Mariolą, nie interesowałem się innymi. Mariola mieszkała w Zduńskiej, 12 km od Szadka. Pisaliśmy do siebie codziennie, mimo że widywaliśmy się każdego dnia w szkole. Jednak te listy były dla mnie ważne, czekałem na nie. Wiele przechowuję do dziś. No i muszę jeszcze wspomnieć o Jagodzie, z nią trochę inaczej wyglądała historia. „Chodzisz ze mną?” – spytałem. „No tak, chodzę”. Czy teraz tak się mówi?

W Jagodzie kochali się wszyscy, ale tylko ze mną tańczyła, chodziła na prywatki i potańcówki. Był też, niestety, ktoś taki jak Jędrek… W walce z nim o Jagodę straciłem ząb. To była jedyna moja bójka w dzieciństwie. Prawy prosty, lewy sierpowy, trochę krwi.

 

Marek Niedźwiecki - pasja do podróżowania


Dworzec w Szadku to moje dziecięce marzenia. Miał w sobie jakąś magię, na przykład kasę, w której można było kupić bilet i uciec na koniec świata. Chodziłem tam, by poczuć atmosferę, posiedzieć w poczekalni, popatrzeć na pierwszy pociąg, który przyjedzie. Liczyłem pociągi, wagony, wymyślałem zabawy w rodzaju: jak będzie parzysta liczba, to spełni się marzenie. Dworzec tak na mnie działał, że czasami wydawało mi się, że naprawdę wyjeżdżam. I w końcu wyjechałem... do Warszawy, ale nadal lubię podróżować.

Zachwyciła mnie przyroda Australii. Przestrzeń. Poza tym stałem się fanem australijskiego wina. Nie znam się na nim, co prawda, ale mi smakuje, więc uważam, że jest najlepsze na świecie. Te wszystkie wielkie przeżycia oraz drobiazgi powodują, że chce się tam wracać i jeszcze raz smakować. Ciągnie mnie zachodnia Australia, Wiktoria i Tasmania. Ale najbardziej lubię zwykły szary dzień tutaj, codzienność. Jestem typem, który na wakacjach czuje się trochę jak w więzieniu, to znaczy wiem, że fajnie, bo wolny czas, zdjęcia, przygody, ale jednocześnie cały czas odliczam dni, kiedy będę mógł wrócić.

Nie ma takiego miejsca na świecie, w którym czułbym się tak jak tutaj. Nie muszę ciągle tryskać energią, rozmawiać z artystami, chodzić na koncerty. Przychodzę do pracy, wracam do domu, wpisuję kolejną historię na swoim blogu. Z wyboru, a może trochę z przypadku, jestem samotnikiem i dobrze mi z tym. Lubię swoją samotność, nie nudzę się z nią. Mam dużą rodzinę, braci, siostrę, oni mają już dzieci, a nawet wnuki, dla których jestem najlepszym wujkiem na świecie. Niczego mi więc nie brakuje. Ale lubię też być sam i wtedy nie tęsknię za ludzkością. Może pomaga mi w tym fantastyczny kontakt z ludźmi przez radio? Kilka razy w tygodniu jestem na antenie, a potem uciekam do swojej jamki, by się zregenerować, by później znów móc mieć blisko siebie ludzi.

Wysłuchała: Hanna Halek
Zdjęcia: Artur Pawłowski/FORUM, Archiwum Prywatne

 

 

reklama