Z wizytą u Magdaleny Stużyńskiej-Brauer

 

Swój pierwszy dom zaplanowała ze szczegółami, gdy miała siedem lat. Dziś wspomina go z rozrzewnieniem, pijąc z rodziną herbatę przy kominku – w willi wymyślonej na jednej z pierwszych randek.

Kabaret jest jak soczewka, w której widzimy sytuacje z naszych domów. Są przerysowane, ale prawdziwe. Mieliśmy taki skecz zatytułowany „Mieszkanie”. Znajomi odwiedzają kolegę z czasów młodości, który wybudował sobie nowobogacki pałac. Szczęśliwy oprowadza po nim przyjaciół, pokazuje każdy detal. Chwali się freskami na suficie i gigantycznymi kryształowymi żyrandolami. Jego goście są zazdrośni. Wszystko krytykują i szukają skazy, żeby lepiej się poczuć. Padają komentarze typu: „To straszne mieć tak wielki dom! Stale trzeba sprzątać”. Nie wiem, dlaczego niektórzy oceniają człowieka poprzez dom. Jaki jest klucz? Poczucie estetyki, zwyczaje, codzienne rytuały?

 

Magdalena Stużyńska-Brauer: dzieciństwo i tapeta w różyczki


Wychowałam się w bloku na Muranowie, w mieszkaniu na czwartym piętrze. To były czasy, gdy mleczarz rano przynosił mleko pod drzwi, a wieczorem wystawiało się puste butelki. Zobaczyć to można u Kieślowskiego w „Krótkim filmie o miłości”.

Za moich szkolnych czasów miarą zamożności był kolorowy telewizor. Obowiązkowo wisiały „Słoneczniki” van Gogha albo zaspane dzieci Wyspiańskiego (po przemianach telewizor nadal był wyznacznikiem statusu – im większy, tym lepszy, niektórzy nawet trzymali pilota w folii, a van Gogha zastąpiły koszmarne reprodukcje Klimta). Konieczne były kryształy na meblościance. Ach, meblościanki! Ta epoka skandalicznego paździerza ze sklejki. Choć czasem wzory tworzyli doskonali projektanci i teraz się do tego wraca.

Mój dom był podobny do domów koleżanek, możliwości manewru były niewielkie. Rodzice starali się urządzić niespełna 50-metrowe mieszkanie gustownie. Na ścianach wisiały prace brata ciotecznego, który jest malarzem, a meblościanka i fotele były – można powiedzieć – dizajnerskie, fajnie zaprojektowane. Dzisiaj takie fotele są modne. Mają drewniane podłokietniki, szeroko rozstawione nóżki, niskie oparcie i są wygodne. Rzeczą, która wyróżniała nasze mieszkanie, była tapeta w pokoju - moim i siostry. Piękna, w drobne różyczki. To nie był codzienny widok. Nie pamiętam, skąd się wzięła, wtedy trudno było taką kupić. Być może trafiła do nas za sprawą babci Stasieńki, mamy mojego taty. Babcia zna niemiecki, zaprzyjaźniła się z niemiecką rodziną, która przed wojną mieszkała w jej ówczesnym mieszkaniu, czasem także ich odwiedzała, może to stamtąd.

 

Magdalena Stużyńska-Brauer: "Moim królestwem był tapczan"


Ulubiony, bo tylko mój. Tam miałam swoją lampkę, swoje książki. I tam projektowałam sobie dom. Jako siedmiolatka wymyśliłam, że będzie miał podnoszony dach otwierający się na płasko i odsłaniający basen. Trójwymiarowy jak trójwymiarowa pocztówka, a na nim rybki. Miał wyglądać jak podwodny świat. Dziś, gdyby jakimś cudem ktoś spełnił to moje marzenie, załamałabym się, lecz wtedy miałam wszystko zaplanowane ze szczegółami. Na przykład to, że będę miała wieżę, a w niej każde okno inne - jedno okrągłe, drugie kwadratowe, a trzecie ze szprosami. Koszmarny pomysł, ale siermiężność tamtych czasów budziła we mnie tęsknotę za różnorodnością, przestrzenią, czymś ładnym. Czy coś z tamtego wymarzonego domu mam dziś u siebie? Hm... Tak! W jednym marzenia się ziściły – mam na werandzie wielkie szprosowe okna.


W dzieciństwie przyjemność mieszkania w domu doceniłam dzięki stryjowi. Mieszkał koło Gorzowa w pięknej poniemieckiej willi z dużymi oknami. Z werandą, na której była jadalnia. Z tej werandy korzystało się od święta, bo stał tam wielki stół, wokół którego zbierała się cała rodzina. W moim obecnym domu też mam jadalnię na werandzie.

Byłam późnym dzieckiem i niestety nie poznałam dziadków. Gdy miałam kilka lat, została mi jedna babcia (dziś ma 93 lata), która na dodatek mieszkała daleko. Z jej domu pamiętam wysokie sufity i ogromne przestrzenie. Babcia miała kryształowy żyrandol (lubiłam liczyć w nim kryształki) i tapetę, a nad nią bordiurę, taki cieniutki srebrny paseczek. Wspominam piec z żeliwnymi drzwiczkami, w którym się paliło węglem. Babcia Stasieńka była ciągle w ruchu – pracowała, działała. Na emeryturze wzięła w ajencję kawiarnię Jubilatka i kręciła sułtańskie kremy. Parzyła też mocną herbatę, zawsze liściastą.


W naszej rodzinie herbata ma szczególne znaczenie. Jesteśmy od niej uzależnieni. W czasach, kiedy prawie nic nie było w sklepach, tata zdobywał różne gatunki i robił fantastyczne mieszanki. Był z nich bardzo dumny. W domu przy herbacie załatwiało się sprawy, rozmawiało, słuchało Trójki. Do dziś wypijam litr herbaty dziennie. Kiedyś wróciłyśmy z siostrą z żeglarskiego obozu harcerskiego i, żeby zachować wspomnienia, przez długi czas przelewałyśmy napar w emaliowane, poobijane kubeczki. Tata nie był tym zachwycony. Dla siebie przygotowywał bardzo mocny. I nigdy go nie słodził.


Z zagranicznych wyjazdów, zwłaszcza do Anglii, przywożę mu herbatę. Tata często pije klasyczne mieszanki typu english breakfast, ja earl grey, a oboje najbardziej lubimy indyjskie i cejlońskie. W rodzinnym domu herbatę piło się w ceramicznych kubkach, a od święta – w serwisie z porcelany spod Wałbrzycha. Teraz mam dzbanek i filiżanki z Białej Marii Rosenthala, ale na co dzień wystarczy mi czajniczek z metalowym koszyczkiem lub angielski fajans w kwiatki. Zaczynam dzień od herbaty i na niej kończę, dla moich dzieci jest ona synonimem odpoczynku. Kiedy syn wraca ze szkoły, parzymy ją w czajniczku. Zimą pijemy przy kominku. To taki nasz rytuał.

 

Magdalena Stużyńska-Brauer: dom w Warszawie


Lubię Warszawę. Zawsze byłam dzieckiem miasta. Lubię ruch, zgiełk, ale często marzyłam o domu w cichym, spokojnym miejscu. Spotkałam chłopaka, który też myślał o życiu za miastem, zostaliśmy małżeństwem i po kilku latach poszukiwań znaleźliśmy działkę z drzewami, co było dla mnie ważne. Mieliśmy na szczęście podobną wizję domu. Oboje nie chcieliśmy karykatury dworku polskiego. Marzyliśmy o czymś w stylu przedwojennej willi z dużymi oknami i kominkiem. Dbaliśmy o detale, żeby to nie był potworek, który coś udaje. Powstawał sześć lat. Dziś może zdecydowałabym się na coś nowoczesnego. Chociaż nie. Byłoby tak samo. Taki dom sobie wymarzyłam. Tylko nie mam trójwymiarowego dachu. Jest mansardowy.

Magdalena Stużyńska-Brauer, aktorka najlepszej sceny komediowej w Polsce – warszawskiego Teatru Kwadrat, występuje w Kabarecie Moralnego Niepokoju. Gra także w filmach – była pamiętną Marcysią w „Złotopolskich” oraz Anką w serialu Polsatu „Przyjaciółki”.

reklama