Paulina Młynarska

 

W poprzednim życiu była chyba nomadką.  Pewnie dlatego francuską willę z marmurowymi kominkami Paulina Młynarska zamieniła na zakopiański szałas. Raz na pół roku musi go oddawać w ręce myjocek.

Najpierw był wspólny pokój z siostrą. Czyli niekończące się kłótnie i awantury. Ona, starsza o sześć lat, urządzała w swojej części spotkania towarzyskie, ja zawsze chciałam się na nie dostać. Agata budowała więc barykadę z mebli (w efekcie wszystkie były mocno pokiereszowane), przez którą się wciskałam… Ona miała u siebie superporządeczek, ja – przepotworny bałagan.

Kiedy skończyłam dziewięć lat i urodził się nasz brat, rodzice zrobili remont i każdy dostał swój pokój. Mój był koło gabinetu taty – stąd do dziś mam niesamowity sentyment do dźwięku maszyny do pisania. To muzyka dzieciństwa. Dom w Warszawie przy Łowickiej rodzice nazywali „trwałą ruiną”. Dużo wyjeżdżali, koncertowali, urządzanie nie było dla nich najważniejsze. W rezultacie właściwie ciągle odbywał się jakiś remont. Ja takie nonszalanckie podejście odziedziczyłam. Podziwiam mieszkania wypieszczone, ale tak nie potrafię. Wszystko mi się zewsząd wysypuje, nie umiem okiełznać książek, które piętrzą się w różnych miejscach. Trudno!
 

Paulina Młynarska: mieszkałam w wielu miejscach. Ale tylko dwa są tak naprawdę moje.


Pierwsze to dom w Złotokłosie, niedaleko Piaseczna. Kiedy wróciłam z Paryża, dał mi go „w zarząd” mój wuj. To dopiero była ruina! Ale jaka piękna. Kiedy się wprowadziłam – a byłam wtedy w ciąży, miałam 21 lat i lekko niefrasobliwy stosunek do życia – nie było prądu, wody, nawet okien. W pokoju stała lampa naftowa, a myliśmy się pod studnią. Robiłam remont i jednocześnie prowadziłam bujne życie towarzyskie. Mam przezwisko Lola – więc moja przyjaciółka zrobiła wielki napis, który potem długo wisiał nad drzwiami: „Och, jak nam jest dobrze być, o losie! Z Lolą szczęśliwą w Złotokłosie”. Bo ja rzeczywiście byłam wtedy bardzo szczęśliwa.

Zrobiłam z tego domu, jak na moje możliwości finansowe, coś pięknego. Mebli własnych za wiele nie miałam, ale trafiło do mnie sporo tych, które zostały rodzicom po przeprowadzce z Łowickiej, trochę podrzucili przyjaciele „na przechowanie”. Kiedy wjechał ogromny stół zrobiony na zamówienie dla mojej prababci, urządziłam pierwszą Wigilię – na dwadzieścia kilka osób.

Jeden ze znajomych wujka wstawił do mnie coś obłędnego: stary okrągły stół do brydża. Zdejmowało się blat – i widać było zielone sukno i przegródki na karty. Szedł wtedy w kinach komediowy western „Maverick” – o pokerowych mistrzostwach na parowcu na Missisipi. Postanowiłam więc z moim nieco szalonym wujkiem zrobić imprezę przebierańców. Pod hasłem – przepraszam – „kurwy i kowboje”. Wszystko przerobiliśmy na dom gry, w klimacie westernu. Przyszło chyba 70 osób. Najważniejszy był oczywiście stół, przy którym odchodziła gra w karty. A ponieważ dom przy Łowickiej był kiedyś własnością ambasady brytyjskiej, zostały z tamtych czasów połacie angielskich tkanin, adamaszkowych zasłon, które kurzyły się na strychu. Wyciągnęliśmy je, udrapowaliśmy na oknach i ścianach – i tak już zostało. Imprezy odbywały się również zimą – przy ognisku, wystawialiśmy wtedy na dwór głośniki. Zrobiliśmy też alternatywne otwarcie olimpiady w Nagano: paradę wokół zamarzniętego stawu, a potem popisy na łyżwach.

Ze Złotokłosem wiąże się też ważna w moim życiu i mojej córki Alusi osoba – jej niania, pani Wala. Wala była Rosjanką wychowaną w Duszanbe. Wzięła w zarząd kuchnię, piętrzyły się tam stosy blinów, wszędzie stały przetwory, które robiła z antonówek rosnących w sadzie przy domu, założyła nam warzywnik. A że imprezy bywały dość często i kończyły się, nie da się ukryć, lekkim pijaństwem, pani Wala wstawała rano, obrzucała spojrzeniem całe leżące pokotem towarzystwo i oznajmiała: bliny spieku. Po czym brała Alusię do kuchni, smażyły tam naleśniki i wszyscy przy ogromnym stole jedliśmy je z konfiturami domowej roboty.

Gdy zaczęłam pracować w radiu Tok FM, Alusia była w pierwszej klasie – dojazdy w korkach stały się nie do zniesienia. Wynajęłyśmy w Warszawie mieszkanie i potwornie się w nim męczyłyśmy. Nasz pies też kompletnie nie mógł zrozumieć, dlaczego coś tak okropnego nagle go spotkało. Ala w mieście chorowała, zdecydowałam więc o przeprowadzce do Zakopanego. Stamtąd wyjechałyśmy do Francji, gdzie dostałam pracę w radiu France Culture. Mieszkałam z moim przyjacielem (który nawet na pewien czas stał się moim mężem) pod Paryżem w domu z ogrodem, marmurowymi kominkami, bardzo bourgeois. Kiedy powiedział: „Zamieszkajcie ze mną, będziecie tu szczęśliwe”, pomyślałam, że może to jest pomysł na życie. Wytrzymałam trzy lata. Kiedy tylko Ala miała wolne w szkole – czyli we Francji mniej więcej co sześć tygodni – wskakiwałyśmy do samolotu, leciałyśmy do Krakowa, tam wynajmowałam samochód i do Zakopanego. Choć na parę dni. W końcu doszłam do wniosku, że, może to głupio zabrzmi, nie przystosuję się do tego dobrobytu. Kiedy człowiek, któremu pachnie świat, zacznie prowadzić życie osiadłe, zamożne, z pełną spiżarnią, nagle ogarnia go strach, że… to już tak zawsze będzie. Bo fajnie być bogatym, ale trochę nudno. To nie była moja bajka!

W Zakopanem jestem u siebie. W poprzednim życiu byłam chyba nomadką i żyłam na stepach Mongolii. Mój drewniany dom to moja jurta. Nawet kształt ma podobny – bo to szałas, bacówka. Tak zwana karpielówka. Zaprojektował go Stanisław Karpiel, przyjaciel rodziców, a teraz chyba i mój. Dom jest prosty, kryty gontem. Zbudowany po góralsku – z płazów, czyli bali przeciętych na pół, z każdego boku odcina się jeszcze po jednej desce na podłogę. To z oszczędności i pokory wobec tego, co daje przyroda. Drewno jest surowe i raz na pół roku muszą przychodzić myjocki, czyli góralki – tylko one potrafią to robić – ze szczotami ryżowymi, proszkiem do prania (Wizir do białego) i octem. I lecą drewno tym Wizirem, potem zmywają octem. Dom wygląda jak po generalnym remoncie. Pięć dziewczyn radzi sobie z tym w jeden dzień. Kiedy miałam pomysł, żeby je polakierować, mój przyjaciel architekt popatrzył na mnie jak na chorą psychicznie – przez to szorowanie dechy mają kolor, jakiego żadną chemią osiągnąć się nie da.

Kiedy pracowałam w Zetce, miałam tu, na górze swoje studio. Co prawda wyciszone gąbką, ale i tak, kiedy musiałam nadawać, Ala biegła uciszać psa, żeby nie szczekał. Gorzej, jak wlazły mi na działkę barany od sąsiada i strasznie beczały – słuchacze musieli uznać to za koloryt lokalny. Do Warszawy jeżdżę raz albo dwa razy w miesiącu na kilka dni nagrywać „Miasto kobiet” i zaraz uciekam. Od kiedy jestem tu na dobre – czyli od półtora roku – napisałam dwie książki. I myślę sobie, że jest coś w tych często nie najmądrzejszych poradnikach o spełnianiu marzeń. Jeśli dostatecznie często rozmyślasz o tym, jak chcesz, żeby wyglądało twoje życie, w końcu się to spełni. Ja tak sobie wyobrażałam szczęście: siedzę przy kominku z komputerem i piszę. Teraz właśnie to mam. Kiedy wstaję rano, to wiem, że mam za co dziękować.

Wysłuchała: Joanna Derda
Zdjęcia: Stach Leszczyński/PAP, Polfilm/East News

 

 

reklama