Piotr Pręgowski

 

Dla aktora Piotra Pręgowskiego nie ma domu bez zwierząt. Raz opiekował się wroną, która lubiła popijać piwo. Innym razem kotem – miłośnikiem śledzia i marynowanych grzybków. Był też wróbel, który uwielbiał sypiać w jego łóżku...
 

Piotr Pręgowski i miłość do zwierząt


Wychowałem się w Warszawie na Grochowie i zwierzęta były w moim życiu od zawsze. Zacząłem od prostych organizmów. Dla sąsiada wędkarza wykopywałem z chłopakami pęczki dżdżownic, które transportowałem w wiaderkach do robienia babek. Za jedno wiaderko dostawałem jeden lizak. Byłem pracowity i lizaków miałem na pęczki.

Od dżdżownic łatwo przeszedłem do ptaków.
Pod kościołem św. Barbary przy ulicy Emilii Plater znalazłem wróbelka. Bezradny podskakiwał na chodniku, więc go zabrałem. Dziś wiem, że matka pewnie była w pobliżu i chciała mu pomóc, ale nie dałem jej szansy. Wróbelek dostał imię Kubuś. Na noc wchodził pod kołdrę i najczęściej gniazdował koło ucha mojej mamy. Co dzień na poduszkę, z wiadomych powodów, kładziona była nowa czysta ściereczka. Niestety, jego upodobania do spania w zagłębieniu ludzkiego ramienia skończyły się tragicznie: mój ojciec wrócił kiedyś w nocy z koncertu (był śpiewakiem) i niechcący przygniótł Kubusia.

Po wróblu nastało osiem srok. Wszystkie wypadły z gniazda w czasie wichury. Budziły się o świcie i potwornie skrzeczały, dopraszając się jedzenia. Trzeba je było sprawnie karmić, a potem równie sprawnie po nich sprzątać. Łatwo to sobie wyobrazić: gdy się naraz wypróżni osiem srok, to mieszkanie wygląda jak w trakcie remontu. Ptaki podrosły, okrzepły i zaczęły się za bardzo panoszyć. Mimo że mocno się z nimi związaliśmy i każda miała imię, bez żalu oddaliśmy je z powrotem naturze. Ulitował się nad nami Stanisław Tym i zabrał sroki do siebie na wieś. Zacząłem podejrzewać, że cierpię na ptasią obsesję, gdy pewnego dnia zaczepił mnie jakiś nieznajomy facet i oznajmił, że w bagażniku ma sowę, którą znalazł w lesie. Spytał, czy ją chcę. Okazała się młodym puchaczem. Przez dwa dni trzymaliśmy sowę w ciemności, na strychu, ale nie chciała nic jeść. Zawieźliśmy ją do płockiego zoo, gdzie zajęli się nią ornitolodzy.

Jednak największą ptasią gwiazdą w naszym domu była wrona. Takie też dostała imię. Zabrana z ulicy, zagłodzona, łysa, półżywa. Leczyliśmy ją antybiotykami. Wyzdrowiała, ale miała kłopoty z podwoziem. Chodziła po domu, rozstawiając po kątach 12 kotów i pięć psów. Gdy któryś leżał w przejściu między jednym a drugim pokojem, tak długo krakała i szarpała za ogon, aż zrezygnowany podnosił się i ustępował jej miejsca.
W naszym letnim wiejskim domu nauczyła się latać. Startowała pionowo w górę jak angielskie samoloty bojowe, a potem czepiała się jakiejś gałęzi i trzeba było brać drabinę, żeby ją ściągnąć. Uwielbiała krótkie loty, ale na noc zawsze wracała do domu. To był cowieczorny rytuał. Wychodziliśmy na werandę i wołaliśmy; „Wrono, wrono!”, a ona natychmiast odpowiadała; „Kra, kra, kra!”. I tak długo wrzeszczała, dopóki jej nie odnaleźliśmy. Wrona uwielbiała ciemne piwo „Belfast”. Kiedy siadałem w fotelu przed telewizorem i z sykiem otwierałem puszkę, natychmiast przyłaziła. Udawałem, że jej nie widzę. Najpierw skrzeczała, chcąc zwrócić moją uwagę, potem łomotała dziobem i szarpała za nogawki spodni. W końcu, zrezygnowany, nalewałem jej na dłoń odrobinę piwa, a ona przechylała dzióbek i jak czerpaczkiem nabierała płynu, przymykała oczy z rozkoszy i w ekstazie piła. Potem chwiejnym krokiem szła w kierunku posłania psów, waliła się jak pijak i natychmiast zasypiała. Wrona była z nami dwa lata. Skończyła równie tragicznie jak Kubuś, bo w końcu upolowała ją kuna.
 

Piotr Pręgowski: 17 czworonogów w bloku

 

W naszym życiu nie brakowało kotów i psów. Do dziś trochę się wstydzę, że kiedyś w bloku na piątym piętrze trzymaliśmy 17 czworonogów.
Taki syndrom Violetty Villas. Wiedziałem, że to złe, ale czułem się bezradny, bo zwierzęta wyczuwają frajerów. Kleją się zawsze do tych, którzy nie mają sumienia ich wyrzucić. Do nas przykleił się między innymi pies, któremu chciałem dać oryginalne imię. Nazwałem go więc Halo. To nie była przemyślana decyzja. Kiedy wieczorem wychodziłem z nim na spacer i wołałem na przykład: „Halo! Zrób siusiu!” albo: „Halo, chodź do mnie!”, niektóre panie odwracały się oburzone i wołały: „No wie pan? Wstyd!”. Do nazwy dołożyłem więc „kolego”. Teraz pełne imię brzmiało „Halokolego”. I zrobiło się jeszcze gorzej. Wystarczyło, że zawołałem tak wieczorem na skwerku, a zaraz zjawiali się jacyś wygoleni panowie z szerokimi karkami. „No co jest? – zakasywali rękawy i spluwali. Masz, gościu, jakiś problem?”. A gdy kiedyś, w lecie, Halokolego wpadł do jeziora, w którym kąpał się tłum facetów, a ja zawołałem go po imieniu, zobaczyłem, jak w moją stronę patrzy las głów. To mnie nauczyło, by mądrzej dobierać imiona zwierzętom.

Mam też kota, który wychował się w melinie i przejął upodobania swego pana. Melina była na parterze domu, w którym mieszkaliśmy, a jej właściciel stracił życie podczas bójki na butelki, jaka wywiązała się pewnego jesiennego wieczoru. Kot został zaplombowany w pustym mieszkaniu. Pewnie dołączyłby do swego pana, gdyby nie Ewa, moja żona. Zerwała policyjne plomby, wdarła się do środka i przyniosła go do nas. Kot okazał się niewdzięczną cholerą, która gryzła do krwi i sikała na łóżka. Męczyliśmy się z nim kilka miesięcy. W końcu wściekłem się i zdecydowałem: „Wywiozę go za miasto, niech znika mi z oczu”. I wtedy kot doznał cudownej przemiany. Od tej chwili jest przymilny, grzeczny i czysty. Wyczuł moje intencje. Kocha wszelkie zagrychy: marynowane śledzie, kiszone ogórki, grzybki, kaszankę. Rozumie też przekleństwa. Wystarczy na niego zakląć, a czołga się uniżenie i mruży oczy w obawie przed razami. Tak był wyćwiczony.
 

Piotr Pręgowski: "nie możemy kupić krowy"

 

Kiedyś o mało co nie stałem się właścicielem krowy. Szliśmy z Ewą przez wieś, a tu facet prowadzi krowę na sznurku. I ona patrzy na mnie takim wzrokiem, że ciarki przechodzą. „Dokąd pan ją prowadzi?” – spytałem. „A do rzeźni, panie”. „Ile pan za nią chce?”. Sam nie wierzyłem, że o to pytam. „Tysiąc pięćset”. Akurat byliśmy bez grosza. „Pożyczymy gdzieś!” – gorączkowała się Ewa. A mnie nagle przed oczami stanął tłum zwierząt, który kłębił się u nas w bloku na piątym piętrze. I do tego krowa. Jezu, sąsiedzi nas zabiją. Pokręciłem głową. Trudno. Nie możemy kupić krowy. Dziś mam tylko dwa psy i cztery koty. Nie dam z siebie robić frajera. Trzymam się dzielnie, choć wczoraj Ewa mi powiedziała, że pod furtką od dwóch dni stoi jakiś pies i może byśmy go wzięli, bo…

Wysłuchała: Sonia Ross
Zdjęcie: Akpa

reklama