– Wszyscy zapamiętają mnie jako Krysię z „Misia”. Cieszę się, że tą rolą dałam ludziom trochę radości – mówi Krystyna Podleska.
 

Jak często oglądam „Misia”? Raz na kilka lat i nadal wydaje mi się zabawny. Wcześniej zagrałam w „Barwach ochronnych” u Zanussiego i w kilku innych filmach, ale rolę życia dał mi „Miś” wyreżyserowany przez Bareję.

To jeden z najwspanialszych epizodów w mojej karierze, chociaż na plan zdjęciowy dojeżdżałam z Londynu. Pamiętam, że była mroźna zima, ratował mnie tylko ciepły kożuch. W sumie świetnie się bawiliśmy, bo Staszek Tym, mój filmowy kochanek, okazał się szalenie dowcipny. Postawiłam sobie za cel, żeby go uwieść, ale nie dałam rady (śmiech). Wszyscy pamiętają scenę, w której się roznegliżowałam. To był czysty przypadek. Powiedziałam w niej: „Przepraszam, że jestem taka nieubrana”, uchyliłam szlafrok i już było za późno. Napisałam wtedy do rodziców mieszkających w Londynie, że gram w komedii z bardzo miłymi ludźmi, tylko jest jeden problem – na większości scen leżę w łóżku. Wówczas zdziwiony tata spytał mamę: „Urszulko, czy nasza córka gra chorą?”. Wydaje mi się, jakby to było wczoraj, a przecież „Miś” ma już 35 lat. Liczyłam na to, że po filmie posypią się nowe propozycje. Niestety ogłoszono stan wojenny i dupa blada.
 

Właściwie to chciałam zostać baletnicą. Zapowiadałam się całkiem nieźle, dostałam się nawet do White Lodge w londyńskiej Royal Ballet School, gdzie przyjmowali tylko najlepszych. Ale zamiast cerować przecierające się pointy i zostać primabaleriną, łaziłam po drzewach. No i w końcu mnie wywalili. W szkole przyklasztornej, do której chodziłam równolegle, zakonnice też nie miały ze mną łatwo. Odczytywały listę obecności, a ja, zamknięta w szafie, odpowiadałam: „Jestem”. I cała klasa w ryk. Byłam ciągle karana. Ale chyba mnie lubiły, tylko strasznie się martwiły, że taki latawiec jak ja może stracić duszę.

reklama


 

W życiu byłam ryzykantką, zawsze chodziłam po linie, czasami bałam się, że spadnę. Miałam nieludzkie szczęście, a największym moim szczęściem byli kochający rodzice. Cudowni, dowcipni, inteligentni, szlachetni. Bardzo się poświęcali dla mnie i mojej starszej siostry Irenki, żeby niczego nam nie brakowało. Tata, architekt, stale ubolewał nad moim brakiem stateczności i ładu, bo sam był bardzo dokładny. Na wakacjach robił nam poranną gimnastykę, rzucał komendę: „Raz, dwa, trzy, ćwicz!”, jak przystało na żołnierza generała Maczka. Mama była sierżantem, ja z siostrą – szeregowcami. Nie mogłam się doczekać tych chwil, przeważnie jeździliśmy do Włoch. Wypływaliśmy razem w morze i mama robiła takie „pfu, pfu” jak ryba, myśląc, że to pomaga pływać. Dostawałyśmy wtedy z Ireną ataku śmiechu i natychmiast tonęłyśmy.
 

Pamiętam też, jak pierwszy raz pojechaliśmy do Polski pod koniec lat 50. To była strasznie odważna decyzja, bo angielska Polonia od naszego kraju się wtedy odcinała. Całą rodziną załadowaliśmy się do małego forda. Bardzo chciałyśmy z siostrą zobaczyć tę żelazną kurtynę, o której tyle się opowiadało. Na granicy z NRD rodzice kazali nam milczeć; byłyśmy dość nieobliczalne, mogło nam się wyrwać: „Komuniści to dupki”, a nawet coś gorszego (śmiech)! Nie pamiętam tego, ale rodzice opowiadali, że polski celnik zapytał mnie: „No, jak się tatuś urządził na Zachodzie?”. A ja na to: „Nie, proszę pana, u nas rządzi mama”, bo nie znałam słowa „urządzić”.
 

Niedługo potem zaczęłam dzielić życie między Anglię i Polskę, gdzie czułam się wspaniale. Zatrzymywałam się u Dygatów, to znaczy u Stasia Dygata, z którym mój tata mocno się przyjaźnił, i u jego cudownej żony Kaliny Jędrusik. Nie zapomnę, jak szła po czerwonym dywanie na festiwalu filmowym w Wenecji - piękna, młoda, z talią jak osa. Pojechaliśmy wtedy z rodzicami na wenecką wyspę Lido, gdzie odbywała się gala. Gwiazdy podjeżdżały limuzynami i sunęły w balowych sukniach i smokingach. Czułam się jak w bajce.
 

Marzyłam, żeby zostać wielką aktorką. Skończyłam nawet znakomitą Webber Douglas Academy of Dramatic Art w Londynie. Ale zabrakło mi siły przebicia. Nie rozpychałam się, na castingach paraliżował mnie strach. Trafiałam do dobrych teatrów londyńskich, prowincjonalnych i offowych, które wyjątkowo lubiłam. Zagrałam również w kilku polskich filmach. Od wielu lat jeżdżę po Polsce z monodramem „Mój boski rozwód”, który świetnie wyreżyserował Jurek Gruza. Kocham ten monodram, spadł mi jak z nieba. Gram w nim kobietę w średnim wieku, którą mąż porzuca dla młodej Meksykanki i która musi uwierzyć w siebie i zacząć nowe życie. To jest słodko-gorzkie, na szczęście napisane komediowo. Jak się w to wgłębić, każdy z nas z takimi rzeczami musi dać sobie radę. Jestem tego żywym przykładem. Wychodziłam trzy razy za mąż, ale tym razem już się nie rozwiodę. Mojego obecnego męża Janusza Szydłowskiego, aktora i reżysera, poznałam w Londynie. Robił tam spektakle, w których zatrudniał największe polskie gwiazdy. Po upadku komuny postanowiliśmy przenieść się do Polski, za którą tak tęsknił mój tata.
 

Mieszkamy w podkrakowskich Zielonkach. Zaczęło się od tego, że odwiedziliśmy Anię Dymną w jej domu. Bardzo nam się spodobał i wybudowaliśmy własny. Przyjechaliśmy tutaj, zobaczyliśmy wokół pola, ćwierkały ptaki i wiedziałam, że zostaniemy. Sadzę krzewy i kwiaty. Jakie to podniecające widzieć, jak rosną! Chodzę z ukochanym psem na spacer. Czasem robię małą grandę i kradnę trochę koperku i malin, bo tu wszystko wokół rośnie. Ten dom to jest świątynia mojej młodości i mojej rodziny. Spoglądam na fotografie dziadka Podleskiego, który polował na niedźwiedzie na Uralu, gdy kierował firmą produkującą wielkie piece. Ale jak przyszli bolszewicy, musiał zimą uciekać na saniach z rodziną i moim małym tatą. To było straszne, ludzi żywcem wrzucano do tych pieców. Mam też pamiątki po dziadku Mieczysławie Lubelskim, ojcu mamy, znanym przedwojennym rzeźbiarzu. Byłoby ciekawie, gdyby oni wszyscy się spotkali i opowiedzieli swoje historie. Powstałby świetny materiał na film.
 

Ten urządzany z pasją dom to moja wielka miłość. Wszystko robiłam sama, mąż do niczego się nie wtrącał. Żartuję, że przyszedł tylko na parapetówkę. Zgromadziłam ładne meble, srebra i obrazy po rodzicach. Tysiące dupereli, które nadal bezwstydnie zbieram, bo jestem sentymentalna, więc Janusz mówi, że mamy naćkane.
 

Czy czuję się spełniona? Nie do końca, mogłam więcej zagrać. Żartuję, że choć nie jestem Jandą, to przejdę do historii jako Krysia z „Misia”. Cieszę się, że tą rolą dałam ludziom trochę radości. W sumie miałam cudowne, niebanalne życie. Nigdy nie przestanę kochać zwierząt i ludzi. Najważniejsze jest mieć w sercu miłość – to łagodzi wszystko. „All you need is love”.
 

Rozmawiała: Ewa Pawełek
Zdjęcia: archiwum "Filmu"/Forum, Krzysztof Kuczyk/Forum, Tomasz Barański/Reporter