Szymon Hołownia - wywiad

 

Czy nazywają mnie świętym Szymonem? Jeszcze nie (śmiech). Do świętości mi daleko, mam trudny charakter. Myślę jednak, że wszystko, czym w życiu się zajmowałem, teraz mi się przydaje. Dziennikarstwo, ratownictwo medyczne – przez pewien czas pracowałem nawet w pogotowiu ratunkowym, więc potrafię odróżnić rurę od respiratora od worka… Przydają mi się studia psychologiczne i doświadczenia z nowicjatu u dominikanów. Szybko jednak zrozumiałem, że nie potrafiłbym funkcjonować w zakonie, bo to nie byłoby życie odpowiadające mojemu temperamentowi…

 

Szymon Hołownia: "Jest później, niż myślisz"

 

Jako chłopak chciałem zostać księdzem. Ale tak naprawdę chciałem być z ludźmi w najważniejszych momentach ich życia. To zawsze było dla mnie napędem. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może z tego, że byłem chorowitym dzieckiem i wszedłem w dorosłość z takim postanowieniem, że trzeba się skupić na najważniejszych rzeczach. Mądre przysłowie, które przyswoiłem sobie w Chinach, mówi: „Jest później, niż myślisz”. To mnie nakręca, może nawet chorobliwie. Zawsze też mówię, że gdybym został księdzem, to pewnie byłbym kapelanem w szpitalu, bo wtedy jest się z ludźmi na froncie. W pogotowiu na ulicy ratowałem ludzi… A teraz realizuję swoje powołanie w fundacjach, które założyłem, żeby pomagać Afryce. Działamy już w sześciu krajach na Czarnym Lądzie. Finansujemy ośrodki prowadzone przez polskich misjonarzy i lokalne wspólnoty. Mamy pod opieką kilkanaście tysięcy ludzi, w tym sieroty, ofiary przemocy i handlu żywym towarem, chorych na trąd. Utrzymujemy też szkołę i fundujemy stypendia.

Pytasz, czy nie boję się o życie? Czasem się boję. W większości miejsc, w których pracujemy, jest spokojnie, poza placówką sióstr od aniołów w Ntamugendze w Kongo, gdzie trwa krwawa wojna o diamenty i etniczną dominację. Tam jest naprawdę niebezpiecznie i człowieka oblatuje strach. Ale nie czuję się bohaterem, bo nie dokonuję heroicznych wyborów.

reklama


Kura w Prezencie

 

Ludziom kojarzę się głównie z prowadzeniem telewizyjnych show „Mam talent!” czy „Mamy cię”. Ktoś zapytał mnie nawet, czy nie mógłbym spokojnie żyć, odcinając kupony od sławy. Ale ja nie mam żadnych superintratnych propozycji, które mógłbym odrzucać (śmiech). Do reklamy mnie nie biorą, bo chyba kojarzę się z religią, a biznes religii nie lubi. A poza tym Prokop i tak jest ładniejszy (śmiech).

A całkiem serio, to bakcyla Afryki połknąłem jakieś pięć lat temu w Zambii, gdy pojechałem pisać reportaż do swojej książki „Last minute”. Odwiedziłem wtedy sierociniec w Kasisi fantastycznie prowadzony przez polskie siostry służebniczki. I pomyślałem, że warto je wesprzeć. Sporo dziennikarzy w okolicach mojego wieku decyduje się na przekroczenie granicy między opisywaniem świata a jego stwarzaniem – idą do polityki, do biznesu. Ja przeszedłem ten Rubikon w Zambii. Zacząłem wspierać dzieci i siostry swoimi pieniędzmi, kupiłem inkubator, zacząłem finansować remonty. Moje środki szybko się jednak skończyły. Pomyślałem: „Okej, sam tego nie udźwigniesz”. I założyłem Fundację Kasisi (fundacjakasisi.pl).

Dziś witają mnie tam jak przyjaciela i domownika. Gdy wracam stamtąd i siedzę tu kilka tygodni, już mnie do nich ciągnie, bo zostawiłem w Zambii kawałek siebie. Czuję się tam jak w domu. Zadomowiłem się w Kasisi na tyle, że znam wszystkie kąty, mam swoje łóżko, szafkę, pokój. Mam taki mały domek i wiem, co mnie czeka. W Rwandzie i Kongu jest podobnie, choć warunki trudniejsze. Ale ci ludzie są moim domem, jadę do nich jak do bliskich. Okazują swoją wdzięczność na różne sposoby. Podczas jednej z wizyt w naszym szpitalu w Ntamugendze dostałem w prezencie kurę. Odda- łem ją szpitalowi w darze i zabroniłem zabijać. Aby zabezpieczyć jej los, kazałem nazwać ją Szymonem. Najbardziej wzruszył mnie podarowany mi przez nich najtańszy chiński parasol. Po ten parasol musieli jechać kilkadziesiąt kilometrów. Kupili mi go, bo wyczytali w Wikipedii, że Polska leży na nizinach, gdzie często pada deszcz.

 

Szymon Hołownia: świat zmieniany po centymetrze

 

Czasem jest naprawdę ciężko. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w wiosce trędowatych Akata Dzokpe w Togo, w której od ubiegłego roku staramy się zapewnić ludziom leki, jedzenie, pracę dla tych, którzy jeszcze są w stanie pracować. Pamiętam siedemdziesięcioletnie kobiety pełznące po ziemi, żeby się ze mną przywitać – trąd zabrał im już wszystkie kończyny. Z nosicielami HIV i chorymi na AIDS pracuję od dawna, nie mam żadnych uprzedzeń, ale to był dla mnie trudny moment: uścisnąć wyciągnięty w moją stronę kikut ręki czy nie zrobić tego i podeptać godność tych kobiet, które tak się cieszyły, że świat o ich wiosce nie zapomniał i ktoś je ratuje.

W Kasisi w trzy lata stworzyliśmy miniklinikę dla dzieci, bo część ma AIDS, gruźlicę, zakażenia. Nie umiem powiedzieć, jaką radość czuję, wiedząc, że możemy zapłacić dzieciakom za szkołę i studia, że będą miały co jeść. I gdy zachorują – zbadamy je, bo mamy sprzęt USG i EKG kupiony przez papieża Franciszka. Na miejscu jest własne laboratorium, gabinet fizjoterapii, ambulans. Dzieciaki leżą w kolorowej pościeli, kupiliśmy im DVD, by mogły oglądać bajki. Mają godne warunki, gdy wracają do zdrowia lub gdy odchodzą, bo ze śmiercią nie zawsze wygrywamy… Pamiętam Franka, który trafił do nas w koszmarnym stanie. Miał 16 lat, ważył 18 kilogramów, był w ostatnim stadium AIDS. Walczył z nami, krzyczał. Upokarzało go to, że trafił do sierocińca. Siostra Mariola powiedziała wtedy: „Chcesz umrzeć, to odwiozę cię do szpitala, na ulicę, gdzie chcesz. Tu będziemy walczyć, żebyś żył. Bo nam na tobie zależy”. I w chłopaku coś pękło, zaczął się zmieniać. Stał się samym dobrem i czułością. Kiedy odszedł, poryczałem się. Jakbym stracił kogoś bardzo bliskiego.

Dzięki Fundacji Kasisi uwierzyłem w ludzi, bo tysiące osób wspiera nasze zambijskie dzieciaki. Pomyślałem: może uda się to powtórzyć gdzie indziej? Tak powstała Fundacja Dobra Fabryka (dobrafabryka.pl). Nie chcę jednak zbawiać Afryki czy świata. Trzeba zmieniać go po centymetrze. Tam, gdzie szarogęsi się zło, nie zrzędzić, tylko postawić fabrykę dobra, która zacznie je wypierać.

 

Życie za dychę

 

Czy czuję się spełniony? Sądzę, że tak, przy moim wiecznym poczuciu niespełnienia. Jak pomyślę, ile udało się zrobić w tak krótkim czasie, to graniczy z cudem. To jest taki moment, że mówisz sobie: „Jezus Maria, w czym ja uczestniczę?”. Ale rozpiera mnie szczęście, jak w Rwandzie widzę, że każda zakupiona ampułka morfiny działa, że przydaje się każdy pampers i leki, które tam wożę.

Polacy są wrażliwi na krzywdę innych. Ale proszę darczyńców: „Nie rezygnujcie z ubrań, samochodów, wakacji. Nie dawajcie mi tysiąca raz w roku, dajcie mi dychę albo dwie co miesiąc. A ja wam pokażę, jak można tą dychą uratować ludzkie życie”. Mam teraz najlepszą robotę na świecie: jestem listonoszem przynoszącym ludziom nadzieję, którą postanowili im dać inni. Nie chciałbym jednak zrezygnować z tego, co dotychczas robiłem. Nadal piszę książki, współpracuję z te- lewizją, choć już widzę, że ciężar mojej działalności coraz bardziej przechyla się w stronę Afryki. Coraz więcej czasu na to poświęcam. Ale jak potoczy się moje życie w dalszej perspektywie, nie wiem. Aż tak daleko nie wybiega mój grafik. Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach.


SZYMON HOŁOWNIA, dziennikarz, publicysta, laureat Grand Press, Wiktora i nagrody MediaTory przyznawanej przez studentów dziennikarstwa z całej Polski. Wspólnie z Marcinem Prokopem prowadzi w TVN programy „Mam talent!” i „Mamy cię”. Społecznik, założył w Afryce fundacje Kasisi oraz Dobra Fabryka, które pomagają dzieciom i chorym.

Rozmawiała: Elżbieta Pawełek