Sensacyjna kolekcja talerzy: Jan Styczyński zebrał ponad 60 ceramicznych mis, które pomalowali dla niego najlepsi polscy artyści. 
 

Talerz za zdjęcia
 

Czemu obraz musi być prostokątem? Dlaczego ma być płaski? – zastanawiali się, popijając herbatkę z prądem, fotograf Jan Styczyński i wpadający często do jego pracowni sąsiad, młody Jan Lebenstein. Był rok 1958. Rozmowa miała całkiem konkretny skutek – Jan namalował na ceramicznej misie o średnicy 32 cm abstrakcyjną kompozycję. Pomysł tak się spodobał Styczyńskiemu, że postanowił namawiać innych znajomych malarzy do tworzenia dla niego takich nietypowych wklęsło-okrągłych dzieł. Czasem była to wymiana barterowa – Styczyński robił artystom zdjęcia, a oni odwdzięczali się talerzem, czasem przynosili mu po prostu taki obrazek w prezencie na urodziny.
 

Skąd się wzięła kolekcja talerzy Styczyńskiego?
 

Do budowania kolekcji fotografa zainspirowała wystawa ceramiki Picassa, którą artysta z Hiszpanii podarował Polsce z okazji kongresu na rzecz pokoju w 1948 roku. Dwadzieścia malowanych półmisków pojawiło się w Muzeum Narodowym w Warszawie i wszyscy artyści malujący później dla Styczyńskiego musieli ją widzieć. Było o niej głośno, a że działo się to w czasach galopującego stalinizmu, szybko zwinięto ją do magazynowych kufrów.
 

Styczyński miał do pewnego momentu poważne ambicje malarskie. Aż poniósł klęskę. Wspominał: „Po namalowaniu, a raczej popełnieniu kilkunastu płócien doszedłem do wniosku, że to, co zrobiłem, było naśladownictwem (…). I co gorsza, dla zwiększenia wrażenia posługiwałem się efekciarskimi chwytami, używając szpachelek i innych fakturotwórczych narzędzi. (…) Pamiętam dokładnie słowa mego przyjaciela – malarza, który powiedział: – Ty, Janie, wielbić malarstwo możesz, a nawet powinieneś, ale to wszystko, co ci wolno. Niepowodzenie w malarstwie przyjąłem z ulgą, jakbym wybrnął z zawiłego labiryntu. Nie mogąc tworzyć – postanowiłem posiadać. (...) Nie talerz dekoracyjny, a obraz charakterystyczny dla danego twórcy, mówiący o jego osobowości i ujawniający jego technikę malarską”.
 

Budując swą kolekcję, Styczyński podszedł do tematu bardzo planowo – chciał, by wszystkie misy miały taki sam format i nie były szkliwione, wtedy farba lepiej się ich trzyma. A o takie w cepelii było trudno. Rozpoczął poszukiwania na targach i jarmarkach w różnych zakątkach kraju. Bez skutku. Zrobił więc specjalne zamówienie na 60 biskwitowych mis w pracowni ceramicznej związanej z wrocławską ASP. Od początku był nie tylko zbieraczem, ale i zleceniodawcą. Listę artystów, których dzieła chciał mieć, konsultował np. z dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi Ryszardem Stanisławskim. Kiedy wreszcie dotarł transport zamówionych biskwitów, kolekcjoner in spe mógł „zarzucić sieć wśród upatrzonych wcześniej nazwisk”. Autorami mis są więc przyjaciele, tacy jak Tchórzewski czy Brzozowski, znajomi, jak Henryk Stażewski lub Teresa Pągowska, ale też Tadeusz Kantor, Jerzy Nowosielski, Ryszard Winiarski. Jedni artyści sami wybierają tematykę swoich obrazów, inni robią coś na specjalne życzenie fotografa. Czasem jest zabawnie – Tadeusz Brzozowski, jako góral, odmawia malowania na skorupach i jako jedyny oddaje zamówione dzieło na specjalnie w tym celu wytoczonej drewnianej misie. Kantor przygotowuje pomniejszoną wersję swojego ambalażu z parasolem, Jonasz Stern, zapalony wędkarz, przykleja do misy rybie ości, Józef Mroszczak odtwarza na swojej Borysa Godunowa. Zabrakło misy bliskiego znajomego Artura Nachta-Samborskiego – artysta zmarł na zawał serca w 1974 roku.

reklama


 

Pierwsza wystawa
 

W zimę stulecia, w styczniu 1979 roku, kiedy Polska była skuta lodem i zasypana metrowymi zaspami, w warszawskiej Kordegardzie Styczyński po raz pierwszy pokazał publiczności swój zbiór. Miasto było niemal wymarłe, autobusy nie kursowały, na ulicach rozstawiono koksowniki, mieszkańcy pomagali odśnieżać stolicę. A za oknami galerii było kolorowo i sensacyjnie – otwierano wystawę „Współczesne malarstwo na misach ceramicznych. Kolekcja Jana Styczyńskiego”. Znany w artystycznych kręgach fotograf przedstawiony został jako kolekcjoner, co w warunkach PRL-u było ewenementem – w zasadzie poza Wojciechem Siemionem nikt nie wystawiał prywatnych zbiorów. W dodatku nikt nie wymyślił tak oryginalnego klucza doboru prac. O kolekcji szeroko rozpisywała się prasa, wydano nawet kalendarz ilustrowany dwunastoma pracami. „Zwierciadło” napisało: „Jan Styczyński w roli znawcy sztuki wypada równie znakomicie jak w roli mistrza fotograficznego aparatu. Nie sposób nie zazdrościć takiej kolekcji”.
 

Cały zbiór poszedł pod młotek w listopadzie ubiegłego roku w domu aukcyjnym DESA Unicum. Wyniki sprzedaży przeszły najśmielsze oczekiwania organizatorów – za talerze zapłacono w sumie 1,6 miliona złotych. Najdroższy okazał się ten pomalowany przez Tadeusza Kantora – sprzedano go za ponad 100 tys. złotych (cena wywoławcza wynosiła 24 tys.). Trzymana przez dziesięciolecia kolekcja rozproszyła się. Mimo to mieć dzisiaj na ścianie talerz Styczyńskiego to jak należeć do elitarnego klubu.
 

Tekst: Beata Majchrowska