Historię mają wyjątkowo barwną. Jest w niej plądrowanie fabryk, wykradanie patentów, batalie sądowe, a nawet wielka seksafera. I ogromne pieniądze.

Nie trzeba być inżynierem, żeby opisać, jak działa maszyna do szycia. Materiał przyciskamy stopką, a gdy igła idzie w ruch, jedna nitka wchodzi w tkaninę od góry, druga od dołu i łączą się węzłem pośrodku szwu. Niby proste, ale trzeba było stu lat, żeby maszyny naprawdę zaczęły szyć.
 

Ucieczka przed tłumem


Problem polegał na tym, że pierwsi konstruktorzy próbowali wymyślić sprzęt naśladujący ruchy człowieka. Tym tropem poszedł mieszkający w Anglii Niemiec – Charles Frederick Wiesenthal. W jego maszynie z 1755 roku cała igła przechodziła przez materiał, a raczej miała przechodzić, bo ciągle coś szwankowało.


W 1830 roku do dzieła zabrał się krawiec Barthélemy Thimonnier. Podpatrywał szwaczki z Lionu przy pracy i wymyślił nowe urządzenie. Choć ścieg, reklamowany jako „nie do rozerwania”, nie był zbyt mocny, Barthélemy patent dostał. Powstała fabryka z osiemdziesięcioma maszynami. Przyszło pierwsze wielkie zamówienie na mundury dla wojska. Zaniepokoiło to paryskich krawców, którzy podnieśli krzyk, że „złamane ramię” (tak nazywano urządzenie) jest niebezpieczną konkurencją dla człowieka. Bali się, że nie będą mieli z czego żyć, i splądrowali fabrykę. Thimonnier ratował się ucieczką (potem ogłosił bankructwo i zmarł jako biedak). Nie miał wyjścia, bo znał historię innego śmiałka – Joseph Jacquard, ten, od którego wzięła się nazwa tkaniny, nie tylko stracił swój mechaniczny warsztat, ale rozjuszony tłum wrzucił go do Rodanu.


Wysoki sądzie


Milowy krok w mechanicznym szyciu zrobiła spółka Amerykanów Eliasa Howe’a i Waltera Hunta. Pierwszy z nich, młodzieniec o blond lokach, był słabego zdrowia. To żona zarabiała na utrzymanie, szyjąc w domu. Przyglądając się jej pracy, Elias doszedł do wniosku, że żadna maszyna lepsza nie będzie. W tym czasie poznał jednak Waltera Hunta, wynalazcę, który zdążył już wymyślić m.in. agrafkę, wieczne pióro, welocyped i ostrzałkę do noży. W 1834 roku panowie skonstruowali maszynę, która dawała mocny szew, identyczny z obu stron. Ale pracę trzeba było ciągle przerywać z powodu nitki wychodzącej z igły. Zniechęcony Hunt wycofał się ze spółki. A Howe poprawił błędy i otrzymał patent.

Niestety, cudo kosztowało trzysta dolarów, co wtedy było ceną zawrotną. Elias nie miał też szczęścia. Najpierw spłonął mu warsztat, potem oszukał go partner w interesach, zmarła ukochana żona. Na koniec zobaczył w sklepach maszyny łudząco podobne do swoich. Było na nich logo Singer.


Elias wynajął prawników. Batalia ciągnęła się latami, pod zastaw poszła nawet farma jego ojca. W 1854 roku sprawę wygrał i dostał dwa miliony dolarów! Majątkiem długo się jednak nie cieszył. Zmarł, podobno ze zgryzoty, jeszcze przed pięćdziesiątką. Patent wygasł. I tak na arenę dziejów wkroczył, już bez przeszkód, Isaac Merritt Singer.

Stopka za miliony


Na maszynach do szycia zbił fortunę. Wziął wynalazek Howe’a pod lupę, poprawił pracę igły, dodał stopkę i wpadł na pomysł, jak masowo sprzedawać dość drogie urządzenia. Szwaczki brały je w leasing – co tydzień spłacały raty, a po dwóch latach maszyna stawała się ich własnością. Wtedy jednak była już tak zużyta, że musiały kupować nową.


Isaac zaczynał od zera. Gdy miał dwanaście lat, po kolejnej awanturze z macochą uciekł do brata do Nowego Jorku. Uczył się handlu, ale marzył o aktorstwie. Tak bardzo, że porzucił żonę, dwójkę dzieci i przyłączył się do wędrownego teatru. Natychmiast zakochał się w jednej z aktorek i na świat przyszła kolejna dwójka. W przerwach między odgrywaniem ról łamał sobie głowę nad wynalazkami. W 1839 roku opatentował wiertarkę. Dostał dwa tysiące dolarów, które zainwestował w… teatr. Uczucie kwitło, rodziły się dzieci – w sumie, bagatela, dziesięcioro. W końcu wziął się za handel, także maszynami do szycia.

 

W 1851 roku usprawnił mechanizm, opatentował i założył własną firmę IM Singer & Co. Zaczął zarabiać niezłe pieniądze i… rzucił się w miłosny wir. Trzecia żona (nie rozwiódł się jeszcze z drugą!) urodziła mu córkę, czwarta – pięcioro dzieci. Sielankę przerwała druga wybranka, nakrywając go z czwartą. Isaac trafił do więzienia za bigamię. Wyszedł za kaucją, ale reputację miał zrujnowaną. Popłynął więc do Europy za ostatnią miłością, którą znalazł we własnej fabryce. Para oddała się urządzaniu 115-pokojowej rezydencji w Anglii. Kiedy Singer zmarł, zaczęła się bitwa o ogromny majątek. W testamencie uznał 22 potomków, dwójkę pominął.

Nowoczesny zygzak


Kiedy Singer udoskonalał swoją maszynę, August Clemens Müller, drezdeński mechanik, zbudował własną. W ciągu pierwszych dwudziestu lat sprzedał sto tysięcy sztuk. Tak powstała słynna niemiecka Veritas (z łacińskiego „prawda”). Do 1907 roku z taśm zjechało ponad milion urządzeń – jedna trzecia produkcji światowej. Do historii przeszła też szwajcarska Bernina. Maszyny tej marki jako pierwsze osiągnęły sto wkłuć na minutę, jako pierwsze szyły ściegiem zygzak i jako pierwsze zostały w pełni zautomatyzowane. Do dzisiaj mają się świetnie, a rodzinny biznes prowadzi Hans, prawnuk założyciela Karla Friedricha Gegaufa.


Nasze babki szyły na singerach, ale mamy przesiadły się już na łuczniki. Firma zaczynała w 1925 roku od produkcji broni, rowerów i szlifierek. Dopiero socjalistyczni inżynierowie zainteresowali się maszynami do szycia. Pierwszą Polki dostały w 1954 roku. Urządzenia były czarne, ze zdobnymi kalkomaniami. Potem wyparły je szare i kanciaste – symbol nowoczesności lat 80. Nawet dzisiaj kupimy łucznika, choćby biało-wiśniową Olę z błyszczącego plastiku. Ma trzynaście ściegów, automatyczne obrzucanie dziurek, gwarancję na dwa lata i kosztuje około trzystu złotych.

Niewolnice igły


Kiedy Bolesław Prus brał ślub z Oktawią Trembińską w 1875 roku, obiecał jej: „Na podarunek ślubny kupię ci… maszynę do szycia. Myślę, że ci się spodoba”. Panna z pewnością była zachwycona, bo urządzenia reklamowano jako „miły sposób spędzania wolnego czasu”. Maszyny zdobiły salony, a nawet buduary. Stały się też „narzędziem” emancypacji, ponieważ kobiety mogły wreszcie zarabiać. Jednak wynagrodzenie było głodowe.


Dzisiejsze maszyny czasem nawet mają komputer. Mogłyby szyć same, a człowiek naciskałby tylko guziki. Jednak po co je udoskonalać, skoro mamy tanią siłę roboczą, tylko w innej części świata. A te, na których pracowały nasze babki, awansowały do roli mebla. Żeliwne nogi singera podtrzymują umywalki albo są oryginalnymi konsolami w holu.

Marek Wierzbicki, kolekcjoner
Kolekcjonowanie maszyn do szycia to wyzwanie. Każda waży przynaj mniej 10 kilo i zajmuje dużo miejsca. Kiedy miałem ich 150 i ten ciężar zaczął być dokuczliwy, powiedziałem „dość” i pozbyłem się części zbioru. Zostawiłem prawdziwe cacka. Interesują mnie nie tylko maszyny domowe, lecz i takie do szycia butów, dziurkowania czy mereżki. Niektóre wyglądają jak rzeźby. Najcenniejsze są te, które mają kalkomanie w doskonałym stanie. Kalkomania to taka wizytówka firmy, a często i sprzedawcy. Natomiast nie ma dla mnie znaczenia, czy urządzenie działa. Najbardziej lubię rękawiczarkę. Dał mi ją właściciel malutkiego zakładu szyjącego rękawiczki przy Marszałkowskiej w Warszawie. Ma 30 x 20 cm i może raptem z 15 cm wysokości. Prosta w kształtach, doskonale zachowana maszyna pochodzi z Berlina i jest ozdobiona bardzo ładnymi kalkomaniami. Pierwszą maszynę, Singera, dostałem od kolegi. Nie działała, zaniosłem ją więc do warsztatu na Targową. Tam dowiedziałem się, że ma ze 100 lat. To mnie zaintrygowało i tak zaczęła się moja przygoda. Jeszcze 10 lat temu maszyny można było znaleźć w praskich piwnicach. Płaciłem za nie 50-70 zł. Jednorazowo mogłem zabrać trzy: jedną w prawą rękę, drugą w lewą, trzecią do plecaka. Sytuacja zmieniła się, gdy udzieliłem kilku wywiadów i pojawiłem się w telewizji. Wybrałem się na Koło, ceny szły w górę. Jeden ze sprzedawców powiedział mi, że 100 zł to okazja, bo jakiś gość z Wołomina maszyny skupuje. Tym gościem byłem ja.

Tekst: Beata Woźniak
Fotografie: Marek Wierzbicki/PAN Muzeum Ziemi w Warszawie, Muzeum Techniki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki w szczecinie/www.muzeumtechniki.eu, SFO Museum, San Francisco, arkaagd.pl, Alamy/Be&W, East News, Getty Images/FPM, 123 rf, Fotochannels, Forum, BE&W, shutterstock.com

Wystawa maszyn do szycia:
„Threading the Needle: Sewing in the Machine Age” marzec-sierpień 2012 r., Sfo Museum, San Francisco

reklama