Bracia w sztuce


Samuel miał talent, lecz pieniędzy nie zarobił. Prace Leona mylono z malarstwem brata. Henryk wybrał architekturę. Oto Hirszenbergowie – bracia artyści.

Hirszenbergów było, gwoli ścisłości, jedenaścioro. Tyle dzieci przez lat dwadzieścia trzy urodziła Sura Perła Awner, żona Dawida Hirszenberga. Dawid prowadził mały zakład tkacki. Miał żyłkę artystyczną, klienci bardzo cenili jego projekty. Spośród wszystkich dzieci twórcze kariery wybrało tylko trzech braci. Zaczęło się od najstarszego, Samuela. Ale tak naprawdę nikt w rodzinie nie stanąłby przy sztalugach, gdyby nie jeden człowiek – Maksymilian Cohn.

Cohn był lekarzem, ordynatorem łódzkiego szpitala ufundowanego przez Izraela i Leonę Poznańskich. Znał Dawida i zauważył artystyczny talent jego syna. Samuel uczył się w tym czasie w Łódzkiej Wyższej Szkole Rzemieślniczej. Cohnowi udało się pozyskać skromne stypendium, dzięki któremu chłopak wyjechał na artystyczne studia do Krakowa. Pieniądze wyłożyli przemysłowcy Izrael Poznański i Markus Silberstein. Oni również – razem z kilkoma innymi – zapłacili za wyjazd Samuela na dalsze nauki do Monachium.
 

Bracia Hirszenbergowie: wielki świat

 

Młody Hirszenberg został jednym z pierwszych artystów objętych tego rodzaju mecenatem. Fabrykanckie fortuny rosły jak na drożdżach, a wraz z nimi ochota na przyjemności i zabawy arystokracji. Powstawały kolekcje sztuki, zamawiano rodzinne portrety i dekoracje ścian pałaców. Z poczuciem estetyki bywało różnie. Zaproszony do letniej rezydencji Silbersteinów Edward Okuń (bywał tam i Samuel) notował, że wszędzie w ogrodzie stały porcelanowe grzybki i krasnale. Dodawał, że z domku gościnnego „bardzo tego nie widać, bo poustawiali sobie pp. Silberstein blisko pałacu, gdzie jest najbrzydziej”. Z hojnością fabrykanci także nie przesadzali. Monachijskie stypendium Samuela było mizerne. Żona malarza pisała po latach w nieco egzaltowanym stylu, że żywił się „resztkami chleba pozostawionymi na sztalugach”, a chodził „niemal boso”.

Wyjazd do Monachium miał dla artysty dwojakie konsekwencje. Na miejscu doceniono jego talent, ale zapłacił za to kłopotami ze zdrowiem. Przewlekle chorował na żołądek, najpewniej właśnie z powodu niedożywienia i kiepskich warunków życiowych. Anegdota głosiła, że pracownia była wręcz miniaturowa: aby malować, musiał stać już za drzwiami. Po powrocie do Łodzi pokazał swoje obrazy, gazety zaś przypomniały listę hojnych mecenasów. Felietonista „Dziennika Łódzkiego” zauważył złośliwie, że skoro już wyłożyli pieniądze, to mogliby przyjść i sami zobaczyć, co też namalował.

reklama

Praca na zlecenie

 

Fabrykanci fatygować się jednak nie musieli, bo Samuel malował u nich w pałacach. Dla Silbersteinów tworzył rodzinne portrety, Poznańskim dekorował wnętrza rezydencji. Z polecenia Teresy Silberstein zorganizował też w 1898 roku pierwszą dużą wystawę sztuki w Łodzi. Płótna pochodziły z fabrykanckich kolekcji (prace Brandta, Czachórskiego, Fałata i innych), a dochód przeznaczono na kolonie dla biednych dzieci. Odpowiadał też za prezentację w hotelu Grand skandalizującego „Szału” Podkowińskiego.

Towarzyszem niektórych artystycznych działań Samuela był młodszy o cztery lata Leon. Razem aranżowali żywe obrazy prezentowane na charytatywnych spotkaniach. Samuel był pierwszym nauczycielem swojego brata, który potem również studiował w Monachium. W późniejszych latach jego prace często przypisywano temu starszemu. Zamieszanie było jeszcze większe: portret pędzla Boznańskiej, rzekomo przedstawiający Samuela, pokazuje właśnie Leona.

 

Jerozolima i Tel Awiw

 

Młodszy Hirszenberg w pierwszych latach XX wieku wyjechał do Francji. W Paryżu ożenił się z pielęgniarką, w końcu osiadł w Bretanii, gdzie malował miejscowe krajobrazy. Dużo później, bo w latach 20., stracił wzrok. Zmarł tuż po wojnie. Do dziś nie przetrwało wiele jego obrazów. Samuel mieszkał tymczasem w Łodzi, w niewielkiej pracowni przy ul. Spacerowej 1. Żył skromnie razem z żoną, poznaną w Monachium francuską poetką Marią Anną Pauliną Chretien de Bore. Dziewczyna przeszła na judaizm i przyjęła imię Dinah. Artysta malował sporo obrazów o tematyce żydowskiej: nagradzane „Jeszyboth” (Uczta Talmudystów) czy „Ahaswer” (Żyd Wieczny Tu- łacz). W 1904 roku, po pogromach kiszyniowskich, namalował mrocznych „Wychodźców”.

W 1907 roku malarz objął profesurę w szkole Bezalel w Jerozolimie. W Palestynie malował sporo pejzaży, rozjaśnił też wyraźnie paletę. Tego samego roku zabił go nawrót choroby żołądka, na którą cierpiał od studiów. W tym samym czasie najmłodszy z uzdolnionych Hirszenbergów, Henryk, cieszył się z pierwszej poważnej nagrody w architektonicznym konkursie. Przez następne lata pracował w Rosji i w Polsce. Wyjechał w końcu do Tel Awiwu i tam zmarł w 1955 roku. Poza licznymi projektami pozostał po nim nagrobek dobrodzieja rodziny – doktora Maksymiliana Cohna.

Źródło: materiały organizatorów i monografii Irminy Gadowskiej „żydowscy Malarze w Łodzi w latach 1880-1919”.

Tekst: Staszek Gieżyński

Zdjęcia: Muzeum Miasta Łodzi, Muzeum Narodowe w Krakowie, zbiory prywatne.

Polecamy również: Sztuka rodzinna Wojciecha Zamecznika.