Sukces dodał mi skrzydeł – intymne wyznania pisarki


Los czasem lepiej wie, co dla nas jest dobre – uważa Małgorzata Kalicińska. Zbankrutowała, aby stać się kobietą piszącą. Wkrótce zdobyła mnóstwo fanów, jest mamą, babcią i „kobietą wsiową” – jak o sobie mówi.


Co w życiu było dla mnie największym zaskoczeniem? Chyba to, że mając czterdzieści kilka lat i od- chowane dzieci, przeniosłam się na wieś. Od jakiegoś czasu coś we mnie szeptało, że chcę na wieś! I… stało się. Kraj przeżywał prosperity, razem z mężem (mieliśmy firmę – agencję reklamową) rzuciliśmy się do budowy ośrodka szkoleniowo-rekreacyjnego. To była jazda po bandzie, wzięliśmy kredyt, ośrodek rósł jak na drożdżach, a mnie rosły skrzydła. Aż któregoś dnia zadzwonił telefon, że jest źle, a potem było tylko gorzej. Przeinwestowaliśmy i upadliśmy na amen. Czasem jednak los wie lepiej od nas, co jest dla nas dobre. Za zakrętem czekały już kolejne niespodzianki – sukces pierwszej powieści „Dom nad rozlewiskiem”, serial, podróże, mój obecny mąż...
 

Jak osiągnąć sukces?


Mazurska przygoda jednak mnie zahartowała, dała mi nowe wyzwania. Nauczyła zarządzania, myślenia jak inwestorka, a nie pańcia na własnej zagrodzie. Bankructwo boli, ale też uczy. Jak wstać z kolan, jak się dźwignąć i iść dalej. To nie jest łatwe. Bankructwo to straszna rzecz, jak strata kogoś bliskiego. Jak się wtedy czułam? Jakbym czekała przed plutonem egzekucyjnym na rozstrzelanie.


Mówi się, że Bóg (los?) jedną ręką zabiera, ale drugą daje. Dał, a ja wzięłam. Zaczęłam pisać, a „Dom nad rozlewiskiem” stał się sukcesem. Krytycy sarkają, wiem, ale był. Na skalę Polski. Był i już! To mnie bardzo wzmocniło. Wcześniej brakowało mi odwagi i pewności siebie. A stałam się mocna i odważniejsza, bo zdobyłam jakiś własny Mount Everest, miałam pieniądze i świadomość, że daję radę. Ważny jest jakikolwiek, nawet mały sukces, coś osiągniętego samodzielnie! Dzisiaj kobieta powinna móc spełniać się, jak chce, ale musi zadbać o rozwój i pieniądze. To podstawa. Można ogromnie kochać męża, ale… być samodzielną i suwerenną. Być za to szanowaną. To chyba dzisiaj najważniejsze.


Miałam kilka wiraży w życiu i kilka ciężkich wyborów. Rozwiodłam się i to paradoksalnie też było dobre zarówno dla mnie, jak i Pierwszego – tak mówię o pierwszym mężu. Dzieci, już pełnoletnie, skwitowały to: „I dobrze. Bądźcie wreszcie szczęśliwi osobno, a nie skwaszeni razem”. Podeszły do tego na innych, dorosłych zasadach.


Pisanie zdecydowanie stało się moim zawodem. Lubię rozmawiać z czytelniczkami za pośrednictwem słowa. Czasem pytają mnie, po kim odziedziczyłam talent pisarski. Mama była wprawdzie erudytką, polonistką, ale to tatę ciągnęło do pisania. Napisał bardzo piękną książkę o przedwojennej Warszawie „O Starówce, Pradze i ciepokach”. Ale to nie tylko tatko i pięknie mówiąca mama, lecz także szkoła, polonistki i czytane książki, mistrzowie literaccy.

reklama


Byłam taty ukochaną córeczką, choć chował mnie twardą ręką. Parę razy nawet oberwałam po tyłku, ale wiedziałam za co i nie miałam żalu. W każdym razie nie poszłabym z tym na policję (śmiech). Mieliśmy swoje tajemnice. Lubiłam z nim chodzić na spacery z psem do parku Skaryszewskiego, bo mieszkaliśmy na Saskiej Kępie. Ojciec objaśniał mi świat. Bardzo żałuję, że nie dożył moich sukcesów i nie przeczytał moich książek. Ciekawa jestem, jakie byłyby jego wrażenia. Co powiedziałby o ostatniej z nich, poświęconej Korei Południowej? Nigdy nie miał takiej szansy jak ja, by zwiedzać świat. Jestem dzieckiem chowanym za żelazną kurtyną. Pamiętam, jak nauczycielka geografii przyniosła do szkoły zdjęcia z Australii, w tym opery w Sydney. Byłam pod wrażeniem, ale dokąd dziewczynka z PRL-u mogła pojechać? Bez pieniędzy, bez paszportu.


Dożyłam pięknych czasów! Tak się złożyło, że w ubiegłym roku razem z mężem byliśmy w tej operze, bo moja córka mieszka w Sydney i kupiła nam bilety na przedstawienie. Stanęłam w foyer, z kieliszkiem szampana w ręku, dokoła okna wychodzące na zatokę, i łzy poleciały mi z oczu. Tak bardzo się wzruszyłam. Wow, jednak tu jestem! Ha! Podróże bardzo zmieniły moje widzenie świata i ludzi. One kształcą. Byłam w wielu miejscach, naprawdę wielu. Świat jest ciekawy, dużo nas uczy, jeśli chcemy. Za Koreą Południową, gdzie dość długo mieszkałam, wciąż tęsknię.


Błąd w angielskim


A zaczęło się tak, że kiedyś w Internecie pewien pan zwrócił mi uwagę na mój błąd w angielskim słowie. Odpisałam mu i nawiązała się miła korespondencja bez taniego podrywu. Pan okazał się sympatyczny, dowcipny, inteligentny – emigrant pracujący w największej stoczni świata, w Ulsan w Korei Południowej. Już osiem lat jesteśmy razem. Wydaliśmy teraz wspólną książkę „Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko”, napisaną zresztą na cztery ręce, bo Włodek, nazywany przez Koreańczyków Vladem, ma w niej męskie rozdziały o stoczni, organizacji pracy, układzie społecznym, a ja mam swoje – bardziej babskie, kolorowe, emocjonalne. Nie, nie babskie, powiedziałabym – Kalicińskie. Byłam pod wrażeniem tempa przemian w tym kraju, gdzie wszystko działa ze szwajcarską precyzją, a do tego ludzie są uprzejmi. Wszędzie obowiązuje azjatycki ukłon. To bardzo miłe i uczy szacunku.


Kiedy wyjeżdżaliśmy z Korei na amen, zastanawialiśmy się, gdzie się osiedlić, czy w Polsce, czy gdzieś indziej. Mnie ciągnęło do Australii, do córki, a Włodka nad polskie morze, gdzie ma rodzinę. I wtedy mój mąż powiedział tak pięknie: „Wiesz, w zasadzie to nieważne gdzie, ważne z kim”. A ja myślę, że moje miejsce jest przy nim.


Małgorzata Kalicińska: uhaftowałam sobie życie… SAMODZIELNIE


Zamieszkaliśmy… na wsi. Z okna naszego domu, bo mieszkamy teraz 60 kilometrów za Warszawą, widzę długie pole graniczące z lasem. Wiosną zbierają się tam żurawie. Uwielbiam to. Jest też słup elektryczny z przepięknym gniazdem dla bocianów, które zrobił mój mąż – już drugi rok czekam, aż się tam boćki osiedlą. Gdybyś wiedziała, co ja wyprawiam, gdy tam usiądzie jakiś biało-czarny elegant i ogląda to mieszkanie. Stoję i wołam: „Eeeee, bocianie, tam jest fajnie! Zostań! Patyków ci przyniosę! Serio!”. Mamy też ziemiankę, bo jak się mieszka na wsi – a u nas nie ma ani sklepu, ani przystanku, jest tylko siedemnaście numerów – to trzeba mieć zapasy. Trzymamy w niej przetwory na zimę, wino zrobione przez Włodka, ogórki kiszone, ziemniaki. Nawet gdyby ścisnął sakramencki mróz, to przetrwamy. Poza tym prowadzimy dom otwarty, często mamy gości, więc jest kogo karmić. Michał Wiśniewski mówi o mnie: matka karmiąca.


Nie wszystko mi się udało idealnie, ale myślę, że przyjemnie uhaftowałam sobie życie… SAMODZIELNIE.


Z Małgorzatą Kalicińską rozmawiała: Elżbieta Pawełek.


Zdjęcia: zbiory prywatne.


Małgorzata Kalicińska była nauczycielką i zbieraczką wiadomości w programie „Kawa czy herbata” w TVP1. Prowadziła z mężem agencję reklamową, aż odkryła w sobie „kobietę wiejską”. Na wsi zaczęła pisać swoją głośną mazurską sagę. „Ten sukces zamienił się w gigantyczny tort” – żartowała potem – „a ja nie lubię słodyczy”.

Polecamy również: Audrey Hepburn: przepis na szczęście.