Nigdy nie pruję rozpoczętej pracy - mówiła wybitna gobelinistka Delfina Krasicka. Szalona arystokratka i wielbiona przez artystów filantropka improwizowała na krosnach niczym jazzmani na instrumentach.


Historia rodziny Delfiny Krasickiej zasługuje na osobną opowieść. Dość powiedzieć, że w jej żyłach płynęła polska, argentyńska, francuska, a nawet indiańska krew. W plejadzie prababek występowały tak malownicze postacie jak Indianka Carmen (nie miała panieńskiego nazwiska), Klementyna z domu Talleyrand de Périgord z Żagania – bliska krewna napoleońskiego ministra i współautora kongresu wiedeńskiego – czy Ludwika z Wodzickich Sobańska, uczennica Jana Matejki. Ta ostatnia zginęła w powstaniu warszawskim, mając 87 lat – nie chciała opuścić pacjentów w likwidowanym szpitalu powstańczym na Lesznie. Pradziadkiem Delfiny od strony ojca był wiceprezydent i twórca konstytucji Republiki Argentyńskiej.

 

Szpiegowska love story

 

Rodziców Delfiny, którzy pochodzili z wielkich ziemiańskich rodów (Sobańskich i Orłowskich), połączyły dramatyczne wydarzenia II wojny światowej. Róża rozpracowywała dla aliantów siatkę tajnych agentów Abwehry i gestapo, a Karol uciekł z frankistowskiego obozu koncentracyjnego, do którego trafił, kiedy przyłapano go na przewożeniu polskich kurierów. Wyjechali do Londynu, a stamtąd już do Buenos Aires, gdzie w dniu kapitulacji powstania warszawskiego, 2 października 1944 roku, urodziła się Delfina.

Od małego okazywała twardy charakter. Dwukrotnie wyrzucano ją z katolickich szkół za nieposłuszeństwo. Acz miłosierdzia miała w nadmiarze, choć sama wychowywała się w zamożnej rodzinie, uwielbiała wyprawy do villas miseria, dzielnic nędzy. Szmuglowała tam odzież i jedzenie dla najbiedniejszych dzieci. W miarę jak wchodziła w młodociany okres burzy i naporu, coraz bardziej sympatyzowała z ruchami socjalistycznymi, osobiście znała Che Guevarę. Budziło to wielki niepokój u jej mocno konserwatywnego ojca.

reklama


 

Ojcu jednak wiele zawdzięczała – był kolekcjonerem sztuki, prowadził dwie galerie – w Paryżu i Buenos Aires. Żyła wśród obrazów, rzeźb i gobelinów. Część z nich cudem uratowała się z pożogi rewolucyjnej na Podolu. Wśród nich taki skarb jak klawesyn Delfiny Potockiej, ciotecznej prababki przyszłej artystki, na którym grywała dla Fryderyka Chopina! Ojca ciągnęło do Francji, postanowił więc przenieść się do Paryża, tym samym wyrywając córkę z rodzinnych stron. Tam też rozpoczęła naukę malarstwa i rysunku w École du Louvre, choć coraz bardziej fascynowało ją tkactwo poznane jeszcze na argentyńskiej wsi. Pod tym i wieloma innymi względami przypominała Ludmiłę, siostrę Delfiny Potockiej. Pisano o niej: „Ładna, nie dbała o stroje, nieprzewidywalna, fantastyczna, była samym wdziękiem, samą dobrocią i wszyscy ją kochali, w danym momencie zajmowała się wyłącznie wspaniałymi makatami, które na jej polecenie wyrabiały młode wieśniaczki”. Delfina zrobiła w swoim – jakże podobnym do tego Ludmiły – życiorysie krok dalej: po latach sama stanęła przy krosnach.

 

Delfina Krasicka - łowczyni tasiemek

 

Ale jej tkackie marzenia ziściły się dopiero w Polsce. Po raz pierwszy przyjechała tu na początku lat 60. ze starszą siostrą i matką, która bardzo chciała pokazać córkom rodzinny kraj. Delfina, panna z bogatego domu, znamienitego rodu, wyedukowana w Paryżu, nagle trafia do targanej rozmaitymi deficytami komunistycznej Polski i… zakochuje się. Podwójnie. W szarym, ale najweselszym baraku socjalistycznego obozu, który zamieszkuje wielu arcyciekawych ludzi, a przede wszystkim – w swoim przyszłym mężu, zresztą jej bardzo dalekim krewnym – Ignacym Krasickim. Z tych Krasickich, którzy sześć pokoleń wcześniej wydali na świat słynnego autora bajek, poetę, hrabiego i arcybiskupa.
 

Miłość kwitnie, ale do zamążpójścia droga daleka – potrzebna jest zgoda ojca (Delfina ma 19 lat, powinna mieć skończone 21). Ten nie akceptuje zięcia. To są antypody jego światopoglądu. Pozostanie twardy do końca i nigdy go nie pozna. Jednak Delfina, zaprzyjaźniona z sekretarką ambasadora, zdobywa jego podpis i do ślubu jednak dochodzi. Potem młodzi wyjeżdżają do Rzymu, gdzie Ignacy pozostanie przez kilka lat korespondentem radiowym i prasowym, a także sprawozdawcą soboru watykańskiego II. We Włoszech rodzi się pierwsze z czwórki ich dzieci. W latach 70. rodzina zamieszkuje na placówce w Algierze. Tam – i w kilku innych krajach Maghrebu – Delfina zetknęła się z rzemiosłem tkackim. Poznaje Beduinkę Malikę, która pokazuje jej pracę na krosnach. Po powrocie do Polski jest już zdecydowana – w trakcie stanu wojennego zapisuje się na kurs tkactwa artystycznego w warszawskim Zakładzie Doskonalenia Zawodowego. To miejsce, gdzie trafia wiele osób z podziemia wyrzuconych z pracy. Kurs prowadzi malarka Anna Trochim, z którą połączy ją dozgonna przyjaźń. Jaką była kursantką? – Ciekawą wszystkiego. Ciągle wchodziła mi w słowo i zadawała pytania – śmieje się Anna. Miała niezwykłe wyczucie koloru. Może z tęsknoty za światłem, do którego była przyzwyczajona w Argentynie, a potem w Afryce Północnej. Od innych artystek bardzo odróżniała ją skłonność do improwizowania. „Wykonuję wcześniej projekty, ale nigdy nie tkam według nich” – mówiła z rozbrajającą szczerością. „»Grała« swoje tkaniny jak jazz” - pisała o niej Agnieszka Gniotek, krytyk sztuki. „Każda z prac stanowiła szczególne jam session, na które zapraszała rozmaite materie: i odpustowe tasiemki, i szlachetne wełny, i jedwabie”. Co najbardziej lubiła w tkaninie? Miękkość materiału. „Nawet błędy, które pozostawiam. Nie jestem Penelopą i nie pruję rozpoczętej pracy”.
 

Zaczynała w czasach kryzysu. „Szukałyśmy przędzy po całym kraju – wspomina Anna Trochim. – Moja rodzina hodowała na wsi barany. Strzygłyśmy je, wełnę prałyśmy w rzece. Z braku gwoździ przy krosnach używałyśmy haceli do podkuwania koni. Delfina na prace z tkaniną poświęcała nawet sznurówki od swoich tenisówek...”.


Tekst: Beata Majchrowska
Dziękuję Galerii Delfiny Krasickiej za pomoc w stworzeniu artykułu. Korzystałam też z albumu „Delfina Krasicka. życie i twórczość” wydanego przez fundację jej imienia. galeriadelfiny.eu