Igor Mitoraj pracował w XII-wiecznym zamku, tłoczył własną oliwę i narzekał, że ludzie zamiast rzeźb z marmuru kupują sobie płytki.

Był 13 października 2014 roku. W toskańskiej Pietrasanta, słynnej z kopalń marmuru, które dostarczały materiału samemu Michałowi Aniołowi, dzwony kościołów biły na znak żałoby. W ratuszowej sali urna, portret opasany kirem, stosy kwiatów. „La Repubblica” i „Corriere della Sera” opłakały śmierć „giganta”. Burmistrz odczytał list kondolencyjny od włoskiego prezydenta. Trwał pogrzeb Igora Mitoraja, polskiego rzeźbiarza.

W kraju wiadomość o jego śmierci przeleciała przez media dość szybko, przykryta inną tragedią. Na pogrzeb przyjechał ktoś z rodziny, ale władze państwowe wydarzenie zignorowały. We Włoszech rzeźby Mitoraja zdobiły najważniejsze miejskie place. W Polsce bywało różnie. Miał takie samo grono wielbicieli co przeciwników. Rzeźbę wielkiej głowy ułożoną na krakowskim rynku poeta Marcin Świetlicki nazwał koszmarem. Rzeźbiarz musiał czuć się tym wszystkim urażony, mówił jednak spokojnie, że lepiej, by ludzie kłócili się o sztukę niż o politykę.

Mit i raj
Rodzice Mitoraja poznali się w Dreźnie: matka została tam wywieziona w czasie wojny na roboty, ojciec był francuskim oficerem i jeńcem pobliskiego obozu. Nazywał się Georges. To samo imię, ale w polskim brzmieniu (Jerzy), dostał syn, jednak nigdy go nie używał. Ojciec wrócił po wojnie do Francji i nigdy już swojego dziecka nie odwiedził. Rzeźbiarz wspominał, że jako chłopiec często wychodził na drogę, obserwował przechodzących mężczyzn i zastanawiał się, czy któryś jest jego tatą. Matka wyszła potem za Polaka, Czesława Mitoraja, który adoptował jej syna. Wiele lat później jeden z krytyków napisał, że nazwisko to wiele mówi. Łączy bowiem słowa „mit” i „raj”.

Matka była biedna i chciała, by chłopak jak najszybciej zaczął zarabiać. Tymczasem Mitoraj rzucił oświęcimskie technikum chemiczne i przeniósł się do liceum plastycznego. Wkrótce od jednego z profesorów usłyszał, że zostanie albo łobuzem, albo dobrym artystą. On sam chyba nie do końca wiedział, czego chce.

Dwa razy zdawał do łódzkiej filmówki. Bezskutecznie. Twierdził, że wszystko z powodu znienawidzonego egzaminu ze śpiewu. Pojechał więc na krakowską ASP, gdzie trafił do pracowni Tadeusza Kantora. O rzeźbie ani myślał, zajmował się malarstwem, zafascynowany twórczością Yves’a Kleina. Później ta fascynacja znalazła odbicie w niebieskich patynach, którymi krył swoje rzeźby. Wreszcie Kantor powiedział mu: „Musisz wyjechać, zaczepić się w którejś ze stolic sztuki”. Z dwustu frankami w kieszeni 24-letni Igor ruszył do Paryża. Chciał też spotkać się z ojcem. Odnalazł go, wszedł do kamienicy, stanął przed drzwiami, położył palec na dzwonku, po czym odwrócił się i wyszedł. „Może śniłem sen o osobie, która nie istniała? Może wybrałem tajemnicę, bo niespełnione marzenia są najpiękniejsze?” – zastanawiał się po latach. Sprawę ojca zamknął raz na zawsze i skupił się na sztuce.

Kosmiczna przestrzeń
W Paryżu biedował. Pieniądze wydał w dwa dni, bo musiał znaleźć jakieś lokum i zapłacić za studia. Imał się różnych zajęć: był tragarzem, asystentem fotografa, statystą, pomagał w przeprowadzkach. Któregoś razu w kawiarni zauważył ładną blondynkę. Zaczął ją szkicować. Pomyślał, że może odkupi rysunek. Dziewczyna zorientowała się i powiedziała: „Ja też czekam na klienta”.

Malował, bo do rzeźbienia potrzebował materiału, a ten kosztował. Szkołę rzucił. Wreszcie kilkoma niewielkimi odlewami z brązu zainteresowała się galeria La Hune. Prace pokazał najpierw na wystawie zbiorowej, potem na indywidualnej. Sprzedał wszystkie i wyjechał do Meksyku. Fascynowała go sztuka Azteków, ale też olbrzymia, „kosmiczna” przestrzeń tego kraju. Wrócił odmieniony. Rzeźby stały się większe, wkrótce dostał Prix de la Sculpture. Od 1978 roku wystawiał już w całej Europie.

Miał pracownię w kamienicy Bateau-Lavoir, gdzie tworzyli Modigliani, Max Ernst, Picasso. Bywali tu „malarze, rzemieślnicy, transwestyci, nocna fauna”. On jednak zakochał się we Włoszech. Najpierw w Rzymie, potem odkrył Pietrasantę. Osiadł tam w 1979 roku. Twierdził, że jeśli chce się osiągnąć sukces we Francji, trzeba mieszkać w Paryżu. We Włoszech to obojętne. O swojej twórczości mówił, że nie rodzi się w pracowni, lecz powstaje z przeżyć, melancholii i napadów lęku. „Okres klasyczny przyciąga mnie najmocniej, nie wybrałem mojego stylu świadomie, to się samo działo” – tłumaczył. Prace lubił umieszczać w przestrzeni publicznej, by oglądać je w naturalnym świetle. Włosi pokochali jego sztukę. Na rzymską wystawę w 1984 roku przyszedł Fellini, który później zaprosił artystę na plan filmowy „Ginger i Fred”. Mitoraj stał się sławny, wystawiał na weneckim biennale i zaprojektował statuetkę wręczaną na 35. festiwalu w Cannes.

Oliwki i wino
„Rzeźbiarz jest człowiekiem jak wszyscy, a sztuka to prawdziwe życie” – mówił Mitoraj. W „prawdziwym” życiu miał jeszcze dom w średniowiecznej warowni w pobliżu Marsylii, na fundamentach z czasów rzymskich. Uprawiał oliwki, produkował oliwę. Nazwał ją „Przejście sekretne”. Znajomi wspominali, że uwielbiał dobrą kuchnię i wino, cenił chwile spędzone w kawiarni przy espresso, a jego ulubionym daniem był pieczony ziemniak. Do rysowania używał, nostalgicznie, szarego papieru pakowego przysyłanego z Polski. Trzy lata przed śmiercią zapytany przez dziennikarza o to, czy jest pogodzony ze światem, odparł: „Z moim tak. Z zewnętrznym nie bardzo. Zewnętrzny świat jest dramatycznie pusty i płytki. Co tu mówić na ten temat”. W księdze kondolencyjnej ktoś zostawił wpis: „Dziękujemy za piękno, które przyniosłeś”.

Tekst: Staszek Gieżyński
Zdjęcia: Giovanni Ricci-Novara, Robert Kowalewski/Agencja Gazeta, Paweł Ulatowski/Agencja Gazeta
Korzystałem z: Igor Mitoraj, Costanzo Costantini „Blask Kamienia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003; Jarosław Mikołajewski, „Nie masz tu czego szukać”, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 11 października 2014.

reklama