Genialny reżyser życia codziennego. Bez żony, dzieciaków i psa jego sztuki by nie było. Asystowali mu i grali role, które im przydzielał. Raz był to dziki taniec, innym razem łapanie cienia.


Nazwisko Wojciecha Zamecznika kojarzone jest z polską szkołą plakatu. Zapomniano, że projektował mnóstwo innych rzeczy – od okładek książek, płyt, przez logo Arkad, po opakowanie papierosów Dukat. Zajmował się wystawiennictwem, scenografią, wnętrzami i obsesyjnie robił zdjęcia. Jak na 22 lata pracy twórczej to dużo. Do tego wszystkiego był mężem i ojcem. Absolutnie wspaniałym.

Szafka z Rubensem

Zamecznik studiował architekturę – najpierw na tajnych kompletach, a po wojnie na Politechnice Warszawskiej, skąd trafił do Biura Odbudowy Stolicy. To tu zrobił pierwszy plakat „Wpuść wiosnę”. W tym czasie mieszkał już razem ze swoją Halą gościnnie na strychu u rodziny na Pradze. Nie mieli nic, na ścianie namalował więc statek na falach, aby było ładniej.

Po wojnie Zamecznikowi zostały dwa kryształowe wazony, srebrny koszyczek i jego niemowlęca koszulka, którą owinięto dwa mydła. Tyle odnalazł w ruinach piwnicy swojego domu na Mariensztacie. W sierpniu 1947 roku przydzielono mu dwa pokoje na Mokotowie.

– To był luksus, ale i tak mieszkanie było za małe, bo dużo się tu działo – opowiada Juliusz Zamecznik, starszy syn, strażnik spuścizny po ojcu. Siedzimy przy prostym sosnowym stole, który zrobił Wojciech. – Minimalistyczne szafki i półki wiszące na ścianie też są jego projektu – pokazuje pan Juliusz. – Drzwiczki ozdobił motywem ręki z tajemnymi znakami. Kiedyś na szafce mamy namalował trzy gracje Rubensa, a środek obił różową tkaniną – dodaje.

reklama



Mieszkanie ciągle się zmieniało. Meble wędrowały, a były tu jeszcze dwa wąskie łóżka i fortepian. Z półki spogląda na nas Hala z tajemniczym uśmiechem. Wojciech oprawił fotografię w tekturową, pomalowaną na czarno ramę. Na ścianie zdjęcie ich obojga w objęciach, roześmianych; on ubrany normalnie, Hala w jego szlafroku. Ją zobaczymy też na wielu plakatach, okładkach, w filmach i na tysiącach zdjęć. Często też pojawiają się dzieci. – Czuliśmy się równoprawni, a praca ojca była naszą wspólną sprawą. Zresztą stale prosił, aby zapozować czy coś potrzymać – opowiada syn. 

Rysunkowe listy 

O tym, jak byli ważni, świadczą listy, bo Zamecznik sporo wyjeżdżał. Najpierw do Pragi, Moskwy, w 1954 roku do Londynu z Lenicą i Tomaszewskim, potem do Paryża, na festiwal filmowy do Wenecji, jeszcze kilka razy do Włoch. A kiedy zachorował na serce i za słaby był na wojaże, pisał do rodziny bawiącej w Karwi, Zakopanem czy – raz – w Bułgarii.

Często rysował – że mu smutno i siedzi sam (Zamecznik w pustym pokoju), że się trochę opala (goły Zamecznik na balkonie), że podlewa kwiaty (doniczka), a wreszcie, że się nie ogląda za kobietami (Zamecznik z klapkami na oczach wśród pięknych pań). Informował też Halę: „Nie jesteś jedyna, wziąłem do domu Filipinę”. Po odgięciu kartki zobaczyła rywalkę – bokserkę. Zresztą potem Filipina też dostawała listy.

Potrafił wysłać ciasto, koce, kiedy było chłodno, albo siatkę na motyle. Najlepsze były zagraniczne prezenty. – Pamiętam, jak przywiózł nam banana z Włoch – śmieje się pan Juliusz. – Przyszła jeszcze siostra mamy z dziećmi. Wypadło po plasterku na głowę. Pamiętam, jak bawiliśmy się pacynkami z Londynu, a ile radości dały nam żywe żółwie!  

Auto, kamera, aparat

Wojciech marzył o samochodzie, ponieważ męczyło go bieganie po mieście z projektami. Cudem udało mu się zdobyć niemieckie auto IFA. Zaliczyli nawet stłuczkę z wozem. Kiedy dyszel wbił się w bagażnik, okazało się, że samochód zrobiono z drewna! Aby kupić kolejny, Wojciech sprzedał fortepian. A grywał często i z pasją – własne kompozycje, klasyków, jazz. 

– Jako dziecko uważałem, że ojciec jest kuriozalny. Cały czas chodził z aparatem. Interesował go nawet cień na ścianie. – wspomina pan Juliusz. Zdjęcia pojawiały się na plakatach. Przyjaciel Zamecznika, Jan Lenica, pisał: „Z lubością alchemika preparował fotografię; wyżerał ją kwasami, odwracał, maltretował w kuwetach, moczył w wannie, kadrował, ciął, wyżymał, aż wreszcie wydobywał z niej sam ekstrakt, działanie spotęgowane, dźwięk mocny i czysty”. 

„Futra ci nie kupię, ale tu są kamery” – informował żonę w listach z Moskwy. Pierwszy film nakręcił w 1949 roku, o Hali w ciąży z drugim synem Pawłem. Potem kamera towarzyszyła im cały czas – w domu (Juliusz w szalonym tańcu, mama ceruje, Paweł majsterkuje), na wakacjach (fikanie koziołków na plaży, ciało Hali na słońcu centymetr po centymetrze), w codziennym, ale niezwykłym życiu. Z czasem Wojciech coraz wolniej wchodził na trzecie piętro, po drodze... czytał gazetę. Tak lekarz zalecił, by puls nie skakał. Umarł na stole operacyjnym. Prawie pół wieku temu. Miał 44 lata. 


tekst: Beata Woźniak 
zdjęcia: J. i S. Zamecznik/Fundacja Archeologia Fotografii
więcej o Wojciechu Zameczniku: 
Fundacja Archeologia Fotografii, www.faf.org.pl