Wyklęty przez rodzinę arystokrata, zapalony narciarz i rowerzysta. Przyjaciel Witkacego oraz kapistów. August Zamoyski jest przede wszystkim rzeźbiarzem, który sławę zawdzięcza sile własnych mięśni.

Największym zbrodniarzem, głównym sprawcą moralnej afery w Salonie Poznańskim, jest August Zamoyski – pisał Jerzy Hulewicz na łamach pisma „Zdrój”. Nie było to oskarżenie, ale prowokacja, bo i on, podobnie jak reszta artystów tworzących grupę „Bunt”, był współwinny tego skandalu.

Zaczęło się od wystawy organizowanej w 1918 roku przez poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych. Po obejrzeniu nadesłanych prac członkowie zarządu stwierdzili, że pięć z nich „obraża uczucia przyzwoitości”. Autorem czterech był ten sam człowiek – August Zamoyski. Szczególną niechęć budziły jego rzeźby: „Zdrój” i „Samsara”. Pierwsza przedstawiała konia ściskającego coś, co przypominało małpę. Druga – splecione ludzkie ciała. Przyjaciele Sztuk nie mieli zamiaru firmować takich bezeceństw i zakazali pokazywania ich w swojej siedzibie. „Buntownicy” jednak wynajęli salę gdzie indziej i tam wystawili prace. Atmosfera skandalu przyciągnęła wielu widzów.

Zamoyski obok „nieprzyzwoitych” rzeźb wystawił realistyczny akt z czasów akademickich, opatrzony komentarzem: „Potrafimy także i w ten sposób”. Ktoś poczuł się wystawą urażony i nasłał policję. Niemiecki inspektor wnikliwie szukał „nieprzyzwoitości”. W końcu po przejrzeniu wszystkich eksponatów uznał za takową akt namalowany przez Hulewicza. I w ramach „konfiskaty” kupił obraz do swojej kolekcji.

Mezalians ze sztuką

August pewnie nie zostałby rzeźbiarzem, gdyby nie humanistyczne ciągoty, cholera i Rita. Urodził się w 1893 roku, dorastał w majątku rodowym Jabłoń na Lubelszczyźnie. Tam, przypatrując się pracy dworskich rzemieślników, kowala i stolarza, połknął bakcyla sztuki. Chciał nawet rozpocząć jakieś studia artystyczne, ale pod naciskiem rodziców wybrał ekonomikę i agronomię. W Heidelbergu jednak potajemnie zapisał się też na zajęcia z filozofii. Beztroskie studenckie życie przerwał wybuch I wojny światowej. Aresztowany wraz z innymi rosyjskimi obywatelami, zeznał, że jest filozofem. Na niemieckich żołdaków podziałało to jak płachta na byka. W efekcie, zamiast wrócić na uczelnię, trafił do obozu jenieckiego i wkrótce zachorował na panoszącą się tam cholerę. Ledwie żywego odnalazł przypadkiem jakiś Polak pracujący dla Czerwonego Krzyża. Chciał powiadomić rodzinę chłopaka, więc spytał o adres krewnych. Ten podał dane swojej ciotki, z węgierskich Zamoyskich, i adres: Hofburg, Wiedeń. Dama cesarskiego dworu błyskawicznie wydostała krewniaka z opałów i załatwiła mu przeniesienie z obozu do szpitala oficerskiego w Berlinie, a kiedy poczuł się lepiej, do sanatorium Grunewald. Tam Gucio poznał włoską tancerkę Ritę Sacchetto i zakochał się w niej bez pamięci.

W Berlinie zatrudnił się jako snycerz. Gdy rzeźbiarz Joseph Wackerle dostrzegł w nim talent, wziął do siebie młodego Polaka na naukę. Ten zachwycił się formizmem i wkrótce sam zaczął tworzyć. W 1917 roku August hrabia Zamoyski poślubił starszą o kilka lat Ritę. W reakcji na mezalians rodzina zakręciła mu kurek z pieniędzmi. – Byłem wolny jak ptak, ale bez portek – wspominał potem rzeźbiarz. – Z domu, z powodu małżeństwa i formizmu, nie otrzymywałem ani grosza.

Odkrywanie Ameryki

Gdy wojna dobiegła końca, Augusta wydalono z Niemiec. Miał na sumieniu kilka grzeszków, między innymi posługiwał się cudzymi dokumentami (za co odsiedział kilka tygodni w więzieniu). Po powrocie do ojczyzny trafił do Zakopanego. Wraz z Ritą zamieszkał w willi „Forma”. On rzeźbił, ona uczyła tańca i dawała pokazy. Ale ze sztuki trudno było wyżyć, szczególnie w ówczesnym Zakopanem, gdzie było jej pełno na każdym kroku. Tworzyli tu: Rafał Malczewski, bracia Pronaszkowie, Czyżewski, Niesiołowski, Chwistek i Witkacy. W willi „Łada” organizowali dzikie „orgie”: ktoś walił w pianino, ktoś w pasterski dzwonek, a pozostali odgrywali scenki ze sztuk Witkacego. Rita pokazywała „taniec formistyczny”. Gucio zajmował się na przemian sztuką i sportem. Jak sam wspominał, kształtował wtedy swoje ciało jak rzeźbę: biegał, tańczył, wspinał się po górach, jeździł na nartach i spał w śniegu. Wszystko to było mało i postanowił poszukać szczęścia w… Ameryce.

Wizę do Stanów zdobył gładko, ale gdy na spotkaniu z ambasadorem Gibsonem poprosił o list z rekomendacją, ten skrzywił się i wyjaśnił, że przez szacunek dla ojca Gucia nie ma zamiaru pomagać wyklętemu z rodziny synowi. Rzeźbiarz nie miał grosza przy duszy, poza brylantowym pierścionkiem od Rity („na szczęście i na czarną godzinę”). Zamustrował się więc jako steward na transatlantyku Akwitania i w ten sposób dotarł do Nowego Jorku. Tam ledwo wiązał koniec z końcem, bo rzeźbiarzy i snycerzy było na pęczki, ale wyrobił sobie jako taką renomę. W krakowskich gazetach pisano, że „otrzymał szereg zamówień na biusty, między innymi na popiersie słynnej aktorki Marion Davies”. Rzeźba została odlana w półtora tysiącu egzemplarzy i zdobiła amerykańskie kina.

Wierka i Franka

„Nie rozumiem, co to znaczy, że artysta ma żyć swoją epoką. Ja nie żyję moją epoką. Ja ją sam sobie stwarzam”, zwykł mawiać. Kiedy po rocznym pobycie „za Wielką Wodą” wrócił do Zakopanego, przestała mu już wystarczać „czysta forma”. Zorganizował nawet imprezę, podczas której wraz z przyjaciółmi niszczył swoje formistyczne prace. Na szczęście nie rozwalił wszystkich. Porzucił góry i pojechał do Paryża. Tutaj definitywnie porzucił rzeźbienie w miękkich materiałach. – Opór granitu budzi prawdziwą wolę, a powolna glina usypia – tłumaczył. W 1925 roku założył się o „furę dolarów” z pewnym Argentyńczykiem, że przejedzie rowerem z Paryża do Zakopanego. Wygrał. Zachęciło go to do podejmowania kolejnych sportowych wyzwań i w tym samym roku zdobył pierwsze miejsce w biegach narciarskich na 30 kilometrów.

Wraz z końcem fascynacji formizmem przestała go interesować również Rita. W listopadzie 1927 roku na wokandę trafiła ich sprawa rozwodowa. Tancerka nie chciała się rozstawać z Zamoyskim. Ten zasłaniał się, że małżeństwo zawarte było jako układ biznesowy, bez obowiązku współżycia, posiadania potomstwa ani wierności. Na świadka wezwano Witkacego, który opowiedział o miłostkach i romansach rzeźbiarza. Tancerka, która Witkiewicza nie cierpiała i nazywała intrygantem, nie wierzyła własnym uszom i w liście dopytywała Augusta, czy to prawda. A Witkacy lękał się, że się na nim zemści. „Boję się, że na stopniach sądu Rita obleje mnie witryolem” – pisał do żony. Szczęśliwie do niczego takiego nie doszło.

Po rozwodzie August wyjechał do Paryża. Zamieszkał przy Avenue du Maine 21. Olbrzymia pracownia mieściła się na parterze. Kupił sobie sportowe, czerwone auto i wjeżdżał nim do środka, parkując tuż przy łóżku. Gdy się budził, od razu wskakiwał za kierownicę i jechał na kawę do bistro. W tym czasie zakochał się w śpiewaczce Marii Manecie Radwan. Nowa wybranka była szlachcianką, więc spodobała się rodzicom Zamoyskiego.

August dużo pracował, a kiedy nie rzeźbił, na marginesach gazet szkicował pomysły następnych prac. Sukces przyniosła mu dopiero wystawa w Instytucie Propagandy Sztuki w 1936 roku. Wszystko za sprawą rzeźb, do których pozowały dwie modelki: Wierka i Franka, sezonowe robotnice z rodzinnego Jabłonia. Krytycy pisali, że potrafił wydobyć z ich ciał grację i „egipską monumentalność”. Największe wrażenie zrobiła „Głowa Wierki”. Jeden z recenzentów stwierdził, „że nawet gdyby Zamoyski nie wyrzeźbił więcej niczego innego, to ona jedna by wystarczyła, aby uznać go za wielkiego artystę”.

Miłość z klasztoru

Kiedy wybuchła II wojna światowa, August pojechał z Wierką do Jabłonia ukryć swoje rzeźby. Utopił je w przydomowym stawie, gdzie przetrwały wojenną zawieruchę nienaruszone. Wrócił do Francji, licząc, że wojna szybko się skończy. Gdy Niemcy stanęli pod Paryżem, postanowił uciec do Ameryki. Miał tam stare kontakty na rynku sztuki, mógł spróbować kariery. Podczas pakowania rzeźb jedna z nich spadła mu na nogę. W szpitalu spędził wiele dni, a gdy wyszedł, nie było już mowy o zabieraniu ze sobą twórczego dorobku. Spakował „Głowę Wierki” („to moja legitymacja” – mówił) oraz gipsowy odlew, w którym ukrył dolary, i przedostał się do Lizbony. Niestety, ostatnie statki do Ameryki zabierały już tylko Amerykanów. Wsiadł więc na parowiec płynący do Brazylii. To miał być tylko punkt przesiadkowy. Został tam 15 lat.

Mieszkał najpierw w Rio de Janeiro, potem w São Paulo. Uczył studentów rzeźbić metodą „kucia bezpośredniego”. Uważał, że nie należy robić gipsowych modeli pracy, lecz od razu wykuwać ją w skale. Poglądy na naukę rzemiosła miał niemal średniowieczne. „Kto chce zostać rzeźbiarzem, najpierw musi być kowalem. Kto pragnie pracować w kamieniu, niech dwa lata spędzi w kamieniołomie i pozna swój materiał” – pisał. W międzyczasie związał się z brazylijską malarką Isabellą Paes Leme.

W 1955 roku August wrócił do Europy i zaczął mówić o sobie: „jestem PeKaZet, to znaczy Polakiem, katolikiem, Zamoyskim”. Z niejasnych, choć zapewne głęboko duchowych powodów zamknął się w jednym z francuskich klasztorów. Spędził tam, jak sam mówił, „trzy i pół roku w klauzurze i milczeniu”. Trudno w to uwierzyć, ale w takich okolicznościach spotkał ostatnią żonę. „Helenę poznałem w rozmównicy przez kratę – wspominał rzeźbiarz. – Dwa miesiące później umarła moja pierwsza żona Rita, otrzymałem dyspensę i w tym samym klasztorze wziąłem ślub”.

Wybranka Gucia była nauczycielką i tłumaczką z rosyjskiego. Małżonkowie kupili opuszczony wiejski dom pod Tuluzą. Rzeźbiarz stodołę zamienił w pracownię, kurnik w kuźnię. Pobyt w klasztorze wyraźnie zmienił jego podejście do sztuki. – Prawdziwe dzieła są owocem doświadczenia mistycznego – powiadał. Traktował tak również nadciągającą śmierć, pod koniec życia bowiem skupił siły na tworzeniu swojego nagrobka. Zdążył na czas. Pochowany został we własnym ogrodzie, nad jego grobem w gimnastycznym mostku unosi się ludzka postać. Jeśli wierzyć tytułowi, jaki August Zamoyski nadał swojej dziwacznej figurze, tak właśnie wyobrażał sobie „Zmartwychwstanie”.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Zdjęcia: muzeum Literatury im. A. Mickiewicza/ east news, eustachy kossakowski/ anka ptaszkowska/ muzeum sztuki nowoczesnej w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi
Dziękujemy za pomoc Pani Barbarze Wikło.
Wystawę Biograficzną augusta zamoyskiego moŻna oglądać do końca listopada w hotelu sobienie królewskie w Sobieniach pod Warszawą.

reklama