Filigranowe, lodowe, koronkowe, karnawałowe, bąbelkowe... Tyle jest rodzajów szkła! Szkoda, że w Polsce wciąż jest niedoceniane. Judith Miller, kolekcjonerka sztuki i autorka książek o antykach, przypomina, że w XVIII wieku powstawały całe szklane serwisy. We francuskich kronikach przeczytamy o kompletach z zakładów Clichy, w których było aż sześć różnych typów kieliszków, talerzyków, mis, pater, mniejszych i większych karafek, mniej i bardziej pękatych dzbanków.

Kiedyś to dopiero świętowano! – pisze Judith. Inny był kielich do wznoszenia gromkich wiwatów, inny do okolicznościowych toastów; w römerach podawano wino reńskie, w kubkach poncz. Na stoły wjeżdżały puchary podwójne, jak klepsydra (większy dla gospodarza, mniejszy dla jego małżonki); dla honorowych gości – z wygrawerowanymi słowami „zdrowie waszeci!”; dla młodej pary – z herbami łączących się rodów; a do tego bogato zdobione szklanice do piwa i kielichy tak głębokie, że mieściły nawet dwa litry trunku. Z tych ostatnich słynął Adam Małachowski, krajczy koronny, który uwielbiał spijać swoich gości, a następnie wyciągać od nich sekretne informacje.

Owszem, kupujemy dzisiaj kieliszki i szklanki, ale na tym się kończy. – A gdzie szklane patery, salaterki, kompotierki, talerze? – pyta Małgorzata Wójtowicz z Galerii Niuans. – Ale talerze nie do dań na gorąco, bo tak podany obiad byłby faux pas, tylko deserowe, na których serwowano owoce, lody, ciastka – dodaje.

Szkło to poezja. Można się w nie wpatrywać godzinami tak jak w ogień – opowiada o szklanych naczyniach. Od trzynastu lat kolekcjonuje kolorowe kielichy, szklanice, puchary. Najbardziej lubi te czeskie, rubinowe, z kryształu ręcznie grawerowanego w scenki myśliwskie. – Czasem na jednej ze ścianek szkło było specjalnie profilowane. Gdy się przez nie patrzyło, wygrawerowana scenka pojawiała się w powiększeniu – opowiada pani Małgosia. Oprócz unikatowych przedmiotów z czeskiej Bohemii ma też w swojej kolekcji flakony Baccarat, butelki polskiej wytwórni likierów i wódek Baczewskiego czy choćby wazon w kolorach brązu i ochry projektu secesyjnego artysty Émile’a Gallé.

Dziś współczesne manufaktury chętnie naśladują dawne wzory. Kształtów i kolorów było kiedyś bez liku, a każda technika zdobienia miała inną fantazyjną nazwę.
Szkło filigranowe, wyrabiane w Wenecji, dekorowano białymi lub kolorowymi splecionymi nićmi szklanymi – wyglądało to tak, jakby naczynie pokrywała drobna siateczka. Lodowe przypominało spękany lód. Koronkowe, produkowane w Ameryce, zdobiły rozety, liście i pnącza. A karnawałowe wzorowano na witrażach Tiffany'ego. Nazwa wzięła się stąd, że te szklane przedmioty można było wygrać w karnawałowych konkursach. Pojawiało się też szkło z tak zwanymi pladrami, czyli bąblami. Jeśli powstają przypadkowo, są błędem w sztuce. Ale zrobione z „premedytacją” – zdobią.

Według pani Małgorzaty mistrzami w dekorowaniu szkła są teraz Szwedzi. – Odwiedziłam kiedyś hutę Kosta Boda w rejonie Smaland, który słynie z krystalicznych źródeł wody. Widziałam, jak jeszcze gorące kieliszki rzucane były na trawę, by na niezastygłej masie odbiły się zielone źdźbła – wspomina. Ceni też bardzo manufakturę Orrefors znaną z kolekcji Nobel. Kieliszki, karafki i dzbanki z tego zestawu co rok zdobią stół podczas uroczystego obiadu wydawanego po wręczeniu Nagród Nobla.

Tekst: Monika Utnik-Strugała
Fotografie: archiwa firm, East News

 

reklama