Jestem malarką kolorystką. Prosta definicja. Widzę kolor. Myślę kolorem i kolorem czuję – mówi o sobie Beata Murawska. Odwiedzamy ją w jej domu i pracowni w podwarszawskiej Podkowie Leśnej.

 

Upalne letnie popołudnie. W powietrzu unosi się zapach starych świerków, sosen i modrzewi. Przy długiej alei prowadzącej w głąb lasu jasna, nowoczesna bryła domu łagodnie wpisuje się w sąsiedztwo starych podkowiańskich willi. Odwiedzamy artystkę, która kocha i maluje kwiaty. Nic dziwnego, że na miejsce do życia wybrała Podkowę Leśną, podwarszawskie miasto ogród. Tu czas płynie wolniej, a i o bohaterów prac nie musi specjalnie zabiegać, bo spotyka ich na każdym kroku. Wysoka blondynka ubrana, a jakże, w kwiecistą sukienkę, prowadzi nas do pracowni przez duży salon. Niewiele tu mebli, za to mnóstwo kwiatów. Nie w wazonach, ale na ścianach. Są wszędzie. Tulipany nieśmiało zaciskają kielichy, jakby nie chciały zdradzić pilnie strzeżonej tajemnicy. Bratki, przeciwnie – wesołe, rozchylają kruche płatki. Hipnotyzują. Chyba nie ma bardziej kobiecego malarstwa niż zmysłowe kwiaty z ich erotycznymi formami... Tylko artystka może tak pięknie o nich opowiadać. – W ogrodzie na wiosnę zakwitają moje ulubione tulipany, ale żyją krótko. Pozwalam im przekwitnąć w spokoju, bo wiem, że te na moich płótnach są wieczne i zawsze piękne – śmieje się Beata. Rzeczywiście. Kwitną nieprzerwanie, wypełniając kolorami jasne wnętrza jej domu.

 

Po krętych dębowych schodach wchodzimy do pracowni. To jest królestwo Beaty, tu zaczyna dzień, bo najlepiej maluje jej się o świcie. Poranne słońce daje intensywne, czyste światło, jeszcze niczym niezmącone, dla malarki najważniejsze. Pozwala wydobyć z obrazu wszystkie barwne niuanse. W atelier jest go pod dostatkiem, nawet w pochmurne dni. Wpada przez wielkie okna, z których widać ogród. Błądzimy w labiryncie barwnych blejtramów. Od zapachu farb, werniksów i terpentyny miło kręci się w głowie. Na podręcznych stolikach leżą porozkładane palety farb. Artystka miesza je starannie i z niezwykłą czułością kładzie czyste, żywe kolory na płótno. Wychowała się na dziełach francuskich impresjonistów, a jako nastolatka zakochała się w van Goghu. Na studiach w warszawskiej akademii w latach 80. wszyscy lubowali się w odcieniach brudnego sosu, ona marzyła o pięknym, kolorowym świecie. Ciągnęło ją do niemieckich ekspresjonistów, ich dzikiego kolorytu, do rozbuchanych plam i mocnych pociągnięć pędzla. Na szczęście w porę spotkała swojego mistrza. Stefan Gierowski, wybitny kolorysta, podpowiedział, jak zestawiać ze sobą czyste barwy. To on pozwolił w pełni rozwinąć jej skrzydła. I to tak, że Beata zrobiła dyplom z wyróżnieniem.

 

Malarstwo Murawskiej jest niezwykle sensualne. Uwodzi mocnymi, nasyconymi barwami. Ostatnio coraz częściej powstają sceny na granicy abstrakcji, ale jednak wciąż rozpoznawalne: pejzaże, drzewa, kwiaty. Wśród nich czasami pojawia się naga, leżąca kobieta. Dafne, Zakochana malarka, Pani zamyślona… Zaprzyjaźnieni z malarką marszandzi z jednej z warszawskich galerii uważają, że jej obrazy leczą ludzkie dusze. Pogodne, optymistyczne, są pełne pozytywnej energii. I oto chodziło Beacie, bo chociaż z niektórymi pracami niechętnie się rozstaje, powtarza, że maluje przede wszystkim dla innych. Lubi sprawiać radość. Wychodzimy do ogrodu, żeby nacieszyć się słońcem. Dom sąsiaduje z malowniczą, ale nieco zaniedbaną willą rodziny Fangorów. Artystka wspomina, jak odwiedzał ją ten jeden z najsłynniejszych polskich malarzy. Ale wszystko ma swój czas, dla Beaty też nastała pora zmian.

 

Od kilku lat dzieli życie między Podkowę Leśną a włoską Ligurię. – Odkryłam Włochy, ich niezwykły koloryt i światło – mówi. Może teraz, pod słońcem Italii, na płótnach Beaty zakwitną oleandry i kwiaty pomarańczy.

 

Kontakt do artystki: beatamurawska.com, art@beatamurawska.com

 

 

Tekst: Joanna Kornecka

Zdjęcia: Michał Mutor

Stylizacja: Basia Dereń-Marzec


 


 

 

reklama