W tym mieszkaniu udało się... wszystko, od geometrycznych płytek po taras z widokiem na jesion – śmieje się Marta Sikorska. Rzeczy z różnych bajek zagrały taki koncert, że nie chce się wychodzić.
 

Mieszkania w Sopocie Marta szukała w sposób niekonwencjonalny. Chodziła od kamienicy do kamienicy, wybierała tylko te najładniejsze i wieszała kartki. Pewnego dnia odezwał się do niej emerytowany ksiądz z propozycją sprzedaży 80 metrów ze sporym strychem. Choć budynek był w doskonałym miejscu, pięć minut spacerem do Monciaka i tyle samo do morza, to Marta miała wątpliwości. Największą wadą była wysokość mieszkania – ledwie 2,40 m. Owszem, można było zrobić z niego perełkę, ale trzeba by podnieść dach. W budynku wpisanym do rejestru zabytków! Dlatego w dalszym ciągu wieszała kartki, ale niczego sensownego nie mogła znaleźć. Kiedy po pewnym czasie zadzwoniła do księdza, dowiedziała się, że ma już kupców. Do transakcji jednak nie doszło, uznała więc, że mieszkanie na nią czekało. – Drugi raz już bym nie podjęła się takiego wyzwania. Zdjęliśmy dach, wyburzyliśmy ściany. Sterczały tylko pręty, jak w Bejrucie. Wtedy przyszło oberwanie chmury, ale na tym się kłopoty nie skończyły – opowiada.
 

Taki ogromny remont – właściwie budowa nowego domu na dachu – miał też zalety. Marta mogła sobie wymyślić wszystko, jak chciała. Z dawnego strychu zrobiła ogromny salon. Obok kuchni zaplanowała 30-metrowy taras z widokiem na wiekowy jesion. Zrobiła też kominek z paleniskiem na dwie strony, ogień można obserwować z salonu, ale też z kuchni. Odbija się we froncie lodówki, w szybach witryny z porcelaną i tarasowych drzwiach. Można więc odnieść wrażenie, że kominków jest kilka.

reklama


 

Właścicielka zawodowo zajmuje się urządzaniem wnętrz, wydawało się więc, że wszystko pójdzie gładko. – U klientów od razu wiem, co będzie dobrze wyglądało. U siebie trudno mi było podjąć decyzję. Zdarzało się, że robiłam po trzy projekty i radziłam się byłego męża albo przyjaciół – śmieje się. Przykład? Czy na ścianach w łazience położyć stylizowane płyty MDF, marmur jak na blacie obok umywalek, czy może czarny granit nawiązujący do wstawek w podłodze. Zwyciężył ostatni pomysł. Sporo czasu zajęło zaprojektowanie i zrobienie mebli. Począwszy od modułowej kanapy w salonie, którą można złożyć w „statek miłości”, przez stolik kawowy z dwoma kamiennymi blatami, konsolę, wielki stół, łóżko... Marta chwali się też kuchnią z palisandrowym fornirem i mosiężnymi uchwytami. Jedynie hokery kupiła w IKEI, ale zafundowała im więcej gąbki i inną tapicerkę. Pokazuje marmurowy blat, który ładnie się starzeje. Szlachetnie wygląda olejowana podłoga. Jedyny nietrafiony pomysł to zlew na wyspie, który powinien być w ciągu z kuchenką. Zdarzało jej się wylać na podłogę nawet tłuszcz kaczki. Trudno też opanować bałagan.
 

Poza tym nic by nie zmieniała. – Wpasowałam się w mieszkanie jak awatar i byłam w nim bardzo szczęśliwa – mówi. „Byłam”, bo niedawno kupiła nowy dom. – Kiedy pakowałam rzeczy, trochę chlipałam i wyobrażałam sobie czyjeś kubeczki, które staną w mojej witrynie – wyznaje. Z nowymi właścicielami już się zaprzyjaźniła, przeprojektowała im nawet „swój” gabinet na pokój dla dzieci.


Projektantka: Marta Sikorska
Nie uważa się za artystkę, raczej za wyczuloną profesjonalistkę, która swobodnie porusza się wśród różnych trendów w modzie, oczekiwań, możliwości, marzeń i realiów. Czuje się raczej jak luksusowa krawcowa stawiająca na jakość i indywidualizm, a nie powtarzalność. Potrafi uważnie słuchać, ale również zdecydowanie negocjować. Stara się zapanować nad chaosem w domu, wprowadzić ład w codzienność swoich klientów, bo chce, by żyli wygodnie. Sikorska-architekci.pl,  tel. 508 056 454.
 

Tekst: Beata Woźniak
Zdjęcia: Aneta Tryczyńska
Stylizacja: Katarzyna Sawicka