reklama

Niebiańska chata

Rustykalne

Sąsiedzi są nieustającym źródłem inspiracji dla artysty.

 

przed nim anieli w locie stanęli...
...i pochyleni klęczą z włosy złotymi, skrzydły białymi, pod malowaną tęczą.

Oto anioły Marka Jaromskiego.


Do Ponikwi Dużej trafił przypadkiem, zaproszony przez znajomego rzeźbiarza. Był 1989 rok, pracował naukowo na warszawskiej ASP, mieszkał jeszcze w akademiku. Od razu spytał, czy nie ma tu gdzieś w okolicy chałupy do sprzedania. Była – stała od piętnastu lat pusta. – Podszedłem do płotu, tam akurat właściciel coś na podwórku robił – opowiada artysta. – Od razu wiedziałem, że kupię, nawet do środka nie chciałem zaglądać. Są takie momenty, że człowiek po prostu jest pewny. Chłop podał cenę, a malarz wiedział, że i tak go nie stać. Wrócił do Warszawy. Tu okazało się, że akurat sprzedał obrazy na wystawie w Szwecji.

– Wsadziłem pieniądze w Pismo Święte i pojechałem z powrotem na wieś – wspomina pan Marek. – Widziałem, że gospodarz ma krzyż na podwórku i postanowiłem zrobić z nim umowę na Słowo Boże. Zgodził się. W chałupie na pokrytym ceratą stole żona właściciela postawiła po talerzu rosołu z marchewką. Zjedli. Gospodarz wziął Biblię, przeliczył pieniądze. I tak Marek Jaromski został mieszkańcem Ponikwi Dużej pod Ostrołęką.

Sąsiedzi są nieustającym źródłem inspiracji dla artysty. Nakręcił o nich kilka filmów, między innymi „Polne dusze”, „Boże zboże” oraz „Odloty i przyloty”. Ten ostatni był o ludziach, którzy wyjechali ze wsi, a teraz po latach wracają. – Mamy tu takiego wojskowego pilota śmigłowców, na czterech misjach był – opowiada pan Marek. – Właśnie przyleciał z powrotem w rodzinne strony chałupę stawiać.

Sąsiedzi opowiadają przed kamerą o wszystkim: o życiu, Bogu, szczęściu i pieniądzach. To sprawa zaufania, bo na początku nikt malarza nie traktował jak swojego. Wieś liczy dwieście dusz, wszyscy właściwie spowinowaceni. Wielka rodzina. – Dziwnie na mnie patrzyli, a ja tymczasem kupiłem sobie barana merynosa i łaziłem z nim na sznurku po wsi na spacery – śmieje się artysta. Baran, zwany Buśkiem, pozował do rysunków, ale w końcu zbytnio wyrósł. Na dodatek zaczął zgodnie z imieniem bóść, więc został oddany miejscowemu gospodarzowi.

Marek Jaromski powiada, że jest "zewsząd", ale to w Ponikwi przychodzą mu do głowy pomysły i tu się wszystko zaczyna. Maluje ludzi, których spotyka, czy raczej od tych spotkań, od tego, co o nich myśli, zaczynają się obrazy. Tutaj inspiracje przychodzą same. Kiedyś do sąsiada przyjechał w odwiedziny krewny – razem ze swoim gołębnikiem na kołach. Gdy otworzył drzwiczki, rozległ się furkot skrzydeł, niesamowity dźwięk. Iście anielski. I jak tu nie mieć natchnienia?

Potem, już w Warszawie, artysta chodził wraz ze swoją ekipą po mieście z doczepionymi anielskim skrzydłami, zaczepiał ludzi, delikatnie dotykał – "dotykiem anioła" – i zachęcał do rozmowy. Innym razem prosił ich na ulicy, by czytali na głos wiersze Ernesta Brylla. Do dwunastu utworów znalazło się dwanaście głosów. Nagranie zostało dołączone do specjalnej drewnianej książki z rzeźbionymi ilustracjami, którą zrobił.

– Jadę jutro na wieś na jeden dzień – mówi mi pan Marek. – Pochodzę sobie, nowy film przemyślę, zajrzę do sąsiada, pogadam, kupię trochę koziego sera. Ja tam wszystko mam: ludzi, cztery pory roku, zimno i ciepło, słońce i księżyc. Cały świat.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie i stylizacja: Małgorzata Sałyga, Mariusz Purta
Reprodukcje prac: Paweł Kęska

reklama
reklama