Mieszkanie w sopockiej kamienicy jest zawsze gotowe na powitanie wiosny: jasne, wysokie, pełne ciepłych kolorów.

Bliźniaczki Marta i Zuzia, 18-letnie córki Beaty, już czekają, żeby można było otworzyć drzwi na taras i wpuścić pachnące morzem powietrze. Właśnie upiekły wielkanocne baby, a ich mama całą noc mieliła pasztety. Świąteczne przygotowania skończone. W tym roku nie będzie szaleństw, Wielkanoc upłynie pod znakiem kucia. Dziewczyny zdają maturę, a potem idą na medycynę.

DOM

Jest niezwykły z wielu powodów. Po pierwsze, to centrum Sopotu, z widokiem na Grand Hotel, a cicho tu jak na dzikiej plaży. Turyści przetaczają się po Monciaku, ale nie zaglądają na małą uliczkę, gdzie pod kasztanowcem stoi kamienica. Po drugie, do ogrodu wychodzi się z kuchni. Wreszcie, choć we wszystkim pomagała architektka Marta Sikorska, ogromny wpływ na jego wygląd miała sama Beata. Jest wprawdzie lekarzem, ale urządzanie wnętrz okazało się jej pasją. Pewnie dlatego tak szybko znalazły wspólny język.

Marta: – Nasza przyjaźń zaczęła się na tarasie. Beata kupiła kilka lat temu mieszkanie w ponadstuletniej kamienicy i szukała kogoś, kto wymyśli ładne przejście do ogrodu. Trafiłam do niej zaraz po studiach na architekturze. Wyrysowałam wszystko w komputerze, a Beacie się spodobało. Potem zamówiła łazienkę, szafy. Od projektu do projektu i zaczęłyśmy się przyjaźnić.

Zdarzyło się nawet, że u niej pomieszkiwałam, a własny dom kupiłam przy tej samej ulicy. Wpadam do Beaty na pogaduszki, gdy wychodzę wieczorem z psem. Latem jeździmy na rowerach na rybę do Jelitkowa. Beata: – Uwielbiam Sopot, tu chodziłam do szkoły. Miałam wprawdzie krótki epizod życia za miastem, lecz po powrocie wszystkie odżyłyśmy.

Ten apartament kupiłam przypadkiem, wyglądał fatalnie, ale zauważyłam, że można tak ustawić ściany, żeby powstała zarówno fajna wspólna przestrzeń, jak i intymne kąty, w których łatwo się ukryć. Ale prawdziwym wyzwaniem było odtworzenie sztukaterii! Znalazłam w Gdańsku prawdziwego mistrza od tynków, Tomasza Lademanna, który robi repliki dawnych dekoracji.

MEBLE

Marta: – Ja wkroczyłam, gdy ściany były już gotowe. Czy miałam wolną rękę? Wcale mi na tym nie zależało. Przyciągam domatorów, ludzi, którzy chcą w swoich domach mieszkać, cieszyć się nimi, a nie tylko wpadać od czasu do czasu. Słucham ich i nie robię nic na pokaz, ale tak, żeby chciało się mieszkać, przyjmować gości, gotować. Ustaliłyśmy, że będziemy się trzymać sopockiego stylu. A więc jest ciut historycznie, bo nie po to kupuje się taki dom, żeby go przerabiać, ale i nowocześnie, świeżo.

Beata: – Mieszkałam przez rok w Nowym Jorku i marzył mi się klimat tamtejszych apartamentów. Przestronnych, ze światłem, przestrzenią i wygodnymi, dużymi meblami. Za to piec kaflowy sprowadziłam z Austrii. Marta: – Stoliki kupiłyśmy w sklepie, ale wymieniłam im blaty, a resztę mebli zaprojektowałam: szafy, szafki do łazienek, komodę w sypialni. Jestem nie tylko architektem, kończyłam też rzeźbę. Kanapy? To moje dzieło. Usiadłam i po prostu je narysowałam. Uwielbiam bawić się w detale, mogłabym projektować wyłącznie meble.

KUCHNIA

To świeżynka, z ubiegłego roku. Architektka namówiła Beatę na olbrzymią szafę. – Ukryłyśmy wszystkie naczynia i zapanował ład. Kuchnia to zresztą najważniejsze miejsce, bo i mama, i córki ciągle pichcą. Beata jest niesamowita, podziwiam, jak znajduje czas na pracę, gotowanie, prasowanie. Wstaje chyba o 4 rano.

Tak naprawdę urządzanie wciąż trwa, bo dziewczyny mają mnóstwo ubrań, butów i ciągle coś kupują, więc trzeba te rzeczy gdzieś schować. Beata i Marta co chwila siadają, oczywiście w kuchni, i coś wymyślają. – A ona mnie przy okazji podkarmia: a to kaczką z jabłkami, a to szarlotką – śmieje się Marta.

Tekst: Joanna Halena
Stylizacja: Anna Olga Chmielewska, www.holartstudio.pl
Zdjęcia: Aneta Tryczyńska
Kontakt do pracowni: SIKORSKA & KIRYŁOWICZ architekci, www.sikorska-kirylowicz.pl
Za pomoc w sesji dziękujemy sklepom: Decolor (lustrzana konsola), Francuska Weranda, Comforty Living i Square Space.

reklama