Mieć kuchnię z widokiem na ogród, który przypomina paletę malarską. Dopiero wtedy dania naprawdę smakują. I jeszcze trochę wody, żeby dzieci miały się gdzie pluskać.
 

Jest coś upajającego w zapachu kwitnących ligustrów, tutejszym świetle, śpiewie ptaków, których nie usłyszy się w mieście – rozmarza się Lien Do. Razem z mężem Patrykiem od lat przyjeżdżali do Hamptons, ale zawsze wynajmowali kwatery do spółki z przyjaciółmi. Wreszcie kupili stary dom z lat 40. ubiegłego wieku. Remont ciągnął się latami, bo byli rozdarci między Nowym Jorkiem i Tokio. Najbardziej brudna budowlana faza przypadła na czas, kiedy mieszkali z całą rodziną w stolicy Japonii: wymiana dachu, wygospodarowanie dodatkowej sypialni i obszernej kuchni. Architekt Shawn Leonard i budowlaniec Brian McGuinness zwarli siły, by stworzyć nowym właścicielom dom w stylu Nantucket. Nazwa tego stylu pochodzi od wyspy u wybrzeży stanu Massachusetts, usianej klimatycznie urządzonymi domami, które łączą nutę romantyzmu z praktycznością. Dominują w nich naturalne materiały (drewno, plecionki) i jasna paleta barw – kolory morskich muszli, piasku czy ości wieloryba. Gdzieniegdzie błyskają mocniejsze akcenty kardynalskiej czerwieni czy nagietkowej żółci.
 

Dom nie jest ogromny, ale ma wiele ciekawych kameralnych zakątków, między innymi salę telewizyjną w suterenie. Lien marzyła o pichceniu z widokiem na wiecznie kwitnący angielski ogród. Potrzebowała kwiatów, które będą malownicze od kwietnia do października. – Chciałam wszędzie widzieć kolor – wspomina. – Kawałek dalej zorganizowaliśmy mały plac zabaw z huśtawką i trampoliną dla 10-letniego Connora, 8-letniego Aidena i 6-letniej Elaine.

reklama


 

Kiedy wydobyli się z remontu, przyszedł czas na dekorowanie wnętrz. Zamiast wynajmowania kolejnego profesjonalisty, Lien zdała się na przyjaciółki, projektantki wnętrz, które po prostu doradziły jej, gdzie kupić dodatki. Sztukę ściągnęli z różnych stron: balijskie malowidła przyjechały z Tokio, grafika z Wietnamu, zaś akwarela przedstawiająca XVIII-wieczny dom (w którym mieści się teraz ich ulubiona restauracja) od lokalnego artysty. Kolory wnętrza – biele, niebieskości i zielenie – właśnie w tych dziełach mają swoją kontynuację. Chociaż dom wygląda jak typowa rezydencja letnia z Hamptons, Lien z rodziną często wpada tu przez cały rok. Przez cały listopad i zawsze w Święto Dziękczynienia, a także w marcu i kwietniu, jeśli nie ma przeraźliwego ziąbu. Zresztą palą w kominku i szybko zapominają o deszczowej aurze. – Nawet jeśli wpadamy tu tylko na 24 godziny, czujemy się tak doenergetyzowani i zrelaksowani jak po tygodniowym pobycie – mówi Lin. – Moje ukochane miejsce? Najlepiej lubię siadać na ławeczce na końcu ogrodu. Obserwuję bawiącą się dzieciarnię w blasku zachodzącego słońca. I ogarnia mnie błogi spokój.


Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Costas Picadas/Photofoyer
Współpraca: Alicja Trusiewicz