Mimo że ten dom stoi na Long Island, jest wyrafinowaną mieszanką europejskich stylów.


Tak jak nie ma szampana bez bąbelków, tak tu nie uświadczy się domu bez ogrodu, basenu i kortu tenisowego. Gdzie tak luksusowo? Tam, gdzie majętni nowojorczycy jeżdżą na weekendy, czyli w Southampton. A konkretnie do dzielnicy młynów Water Mill, słynnej z tego, że pierwszy młyn postawiono tu w 1640 roku. Zresztą do tej pory stoi przy jednej z ruchliwych ulic i ma się dobrze. 

Anna z mężem miała szczęście poczuć klimat tego nowojorskiego Konstancina i pomieszkać w jednym z piękniejszych domów u znajomych.

– Oni chcieli czegoś lekko europejskiego – śmieje się – i na luzie. Kupili dom z lat 60. do remontu. Istny zameczek, z dachem, który wyglądał jak kapelusz zaciągnięty na oczy. Kompletnie go odmienili przy pomocy architektów z pracowni Solis Betancourt & Sherrill of Washington.

Podwyższyli kondygnacje, od strony wejścia dostawili coś na kształt werandy, dziedziniec wyłożyli kamieniami i zwieńczyli go antyczną fontanną. Półokrągłe łuki z dawnego „zameczku” zniknęły, a w ich miejsce odsłonięto grube, rustykalne belki cedrowe.

reklama



Piaskowana podłoga plus beżowe detale, kamienne meble i kute żyrandole nadały wszystkiemu trochę śródziemnomorskiego klimatu. Kamienne elementy (stół, wazy na lwich nóżkach), lniane zasłony, wypłowiałe błękity miały właśnie tonizować, podkreślać nastrój relaksu.

Annie najbardziej podobają się solidne materiały i szorstkie, matowe powierzchnie. Z mebli – ludwiki w białych sukienkach, z detali – cynowe talerze. – Po tej wizycie nie chciałam wcale wracać do mojego domu urządzonego w stylu glamour. Do tych połysków i waniliowych ścian. Już w głowie układałam listę rzeczy, które natychmiast wystawię na garażową wyprzedaż… 

Dom w Water Mill to wyrafinowana mieszanka europejskich stylów. Stiuki na ścianach i kominek są pożyczką z Prowansji, kamienne otoczenie domu, oliwne drzewko i podłoga z terakoty mają toskański rodowód, a paleta kolorów mebli i ścian każe myśleć o Norwegii.

Jak oni to świetnie zmiksowali – zachwyca się Anna. – Ja, fanatyczka błyszczących frontów kuchennych, koniecznie bezuchwytowych, po tygodniu zakochałam się w kuchni o looku jak za króla Ćwieczka. Szafki bez drzwi, zasłonięte lnianymi ścierkami? Szok! A blaty są tak przechodzone, jakby przez 200 lat były rzeźnicką ladą (a tak naprawdę postarzono je na zamówienie). W moim nowym domu też chcę mieć coś takiego. Czy to nie paradoks, że musiałam jechać do Ameryki, żeby zakochać się w południu Europy? 

tekst: Beata Majchrowska 
zdjęcia: Gianni Franchelucci/Photofoyer 
współpraca: Alicja Trusiewicz