Kręcono tu „Listy do M.” i sporo reklam – projektantka wnętrz Marta Bielewicz nie pamięta już nawet jakie, bo co i rusz wpadają filmowcy. Dlaczego mieszkanie tak bardzo przypadło im do gustu? Jesteśmy w przedwojennej willi ze starym parkietem i skrzynkowymi oknami na trzy strony świata.

 

Przestronny hol - miłość od pierwszego wejrzenia

To dzięki niemu w 30 sekund Marta podjęła decyzję o kupnie. Zrezygnowała nawet z ukochanego Mokotowa na rzecz Żoliborza. – Szukałam dużego mieszkania, a we wszystkich powyżej 100 metrów człowiek otwierał drzwi i widział ciemną kiszkę, z której wchodziło się do poszczególnych pomieszczeń – tłumaczy. Tu było inaczej. Korytarz miał 15 metrów w kwadracie. Pomysł na urządzenie podsunęła tapeta Fornasettiego. – Uwielbiam tego projektanta, dlatego kupiłam jeszcze wazę, która, o dziwo, przetrwała szaleństwa dzieciaków – śmieje się. W tym momencie wpada Jeremi lat 3, Bruno lat 7, a za nimi dachowiec Humbert (Lolita traumatycznie reaguje na gości i siedzi pod łóżkiem). Przy ścianie stanęła też chińska konsolka z czasów, kiedy prowadziła orientalny sklep. Do tego lustro. I to wszystko, a może aż wszystko.

 

Salon pełny sztuki

Mocnym akcentem jest szpaler grafik Jana Lebensteina. – Dostałam je wiele lat temu od taty, ale musiałam do nich dorosnąć – opowiada. Do tego lustro Laury Ashley jak z holenderskich obrazów. Poprosiła znajomych, aby kupili je w Londynie.
Podobno klęli na czym świat stoi, wioząc kruchy przedmiot samochodem do Polski. Reszta to rodzinne meble, każdy z innej parafii. Obok kredensu „na 150 talerzy” stoi secesyjny stół i francuska konsola już nie wiadomo skąd. Zresztą nie jest to układ ostateczny, bo sporo rzeczy Marta składuje w piwnicy i czasami robi zamiany.


Kuchnia z neonem

 

Właściwie jak u wszystkich – z meblami na zamówienie i dużym ceramicznym zlewem. Ale nie każdy ma neon! – Ten przypomina o ważnym wydarzeniu, kiedy mój syn Bruno wreszcie coś zjadł ze smakiem. Powiedział wtedy „pycha mi” i te słowa trafiły na ścianę – śmieje się Marta. Pokazuje też wygodne siedzisko pod oknem. Zawsze chciała mieć takie, jak w amerykańskich filmach. Przy okazji zyskała podręczny schowek.

Gabinet z botaniczną tapetą

 

Jest miejscem, w którym spodziewalibyśmy się zobaczyć jegomościa w binoklu preparującego żabę, a nie młodą kobietę przy laptopie, która wymyśla kolejne mieszkanie dla swoich klientów. Pomysł podsunęła tkanina Manuela Canovasa. – Nadrukowane muszle i koralowce przypomniały mi muzea z wypchanymi zwierzętami, do których w dzieciństwie chodziłam z rodzicami. I ten świat chciałam mieć w jednym pokoju – wyjaśnia. Zaczęła się więc rozglądać za eksponatami. Najpierw w jakiejś skandynawskiej gazecie zobaczyła „botaniczną tapetę”, którą kupiła przez internet. Potem zainteresowały ją trofea, każde z innego materiału: ceramiczny nosorożec, gipsowy muflon, papierowy jeleń i żeliwne różki. Do witryn trafiły muszle zwożone z wakacji, z piwnicy wyciągnęła klatki, wreszcie kupiła gałki do mebli z malowanymi owadami. Na koniec Bruno sprezentował mamie gumowego krokodyla.

Sypialnia - spokój w kolorze perłowego różu

 

Spokój, jaki w niej panuje, podkreślają jedynie papierowe ozdoby wiszące pod sufitem, „lusterkowe” lampy Laury Ashley i ściany w perłowym różu. – Mogłam wybrać na mikołajki perfumy albo „coś innego”. Padło na… farby Kelly Hoppen – śmieje się.
Marta pochodzi z Poznania. Znajomi często ją pytają, czy życie w Warszawie nie jest za szybkie. Zawsze odpowiada, że ma wrażenie, jakby mieszkała na wsi, w jakimś swoim świecie. Ale wystarczy, że zejdzie krętymi drewnianymi schodami, minie na klatce posążek Buddy, hulajnogę Jeremiego i wyjdzie na uliczkę z domami skąpanymi w zieleni. Po dwóch minutach będzie przy kościele Popiełuszki, po pięciu na placu Wilsona. A tam już ludzie biegną do metra.

Tekst: Beata Woźniak
Stylizacja: Anna Tyślerowicz
Zdjęcia: Rafał Lipski


Kontakt do projektantki: Marta Bielewicz, www.pinkmartini.pl

reklama