reklama

Niezwykły antykwariat

Stylowe i przytulne

Za tę szafę oddał własną wersalkę. Data 1793. Kolejne warstwy farby wystają jak halki spod sukni. Wojtek nie jest zwykłym antykwariuszem. Lubi swoje meble tak bardzo, że nie zawsze potrafi się z nimi rozstać.

Żeby trafić do galerii we wsi Proszówka, trzeba mieć niezłego nosa. Nie ma szyldu, dom stoi przy drodze, która najpierw prowadzi do Młyńska, a potem donikąd. W drzwiach – anioły wyglądające, jakby czekały w kolejce. Wnętrze ma łukowo sklepiony sufit. Raz wpuszczone tu światło wlewa się do półmisków, pater, kielichów i prześlizguje po ręcznie toczonych garnkach.

Wojtek ustawia na podłodze świece. Tłumaczy, że starość woli światło pełne niedomówień. Stół, jak nestor rodu śląskich grafów, unosi ciężar trzystuletniego tabernakulum, które Wojtek uratował z remontowanego kościoła. Obok ważąca kilkadziesiąt kilogramów skrzynia-matrona z litego dębu z wypisanym drżącą ręką „Anno 1735”. W środku zapach naftaliny, na zewnątrz, na bocznej ścianie monogram „MK” (inicjały syna Wojtka, przyszłego właściciela skrzyni).

– Ta dębowa szafa ma ze sto lat. Posłuchaj, drzwi nawet nie skrzypią – mówi Wojtek. Do każdego mebla podchodzi jak do przyjaciela, a gdy dotyka frontów, półek, kutych zamków, to jakby pieścił kochankę. Myślę: kolekcjoner-maniak. Ale to również detektyw, negocjator i socjolog, bo tropi, ustala ceny, a nierzadko musi uciec się do psychologicznych podstępów, by przekonać do siebie handlarzy i zbieraczy starzyzny.

Wszystko po to, żeby rozproszonym po świecie rzeczom przywrócić dawny wygląd i zapewnić nowy dom. Trzeba wiedzieć, gdzie rozbierają kamienicę, w które dni tygodnia są targi staroci, a do tego śledzić jarmark wirtualny na Allegro i eBay-u. Nigdy nie zapomni pertraktacji z jeleniogórskim kloszardem, który zagłowniki malowanych łóżek przeliczał na butelki wódki. Albo jak ocalił belki stropowe z XVIII-wiecznymi polichromiami.

Do odnawiania mebli podchodzi ostrożnie: – Ani skrzyń, ani szaf nie maluję na nowo, to by była profanacja. Te przedmioty zostały pokryte farbami mineralnymi, które naturalnie się zestarzały. Nie należy ich sztucznie odmładzać – przekonuje. W jego galerii nawet najprostsze przedmioty mają wyszukane dekoracje, roślinne esy-floresy, nacięcia, tu konik, tam ptaszek, kwiatek, jodełka, rozetka. Na klamce, pogrzebaczu, łyżce, brzegach garnka, uchu od cynowego wazonu czy durszlaku. Dziurkowana metalowa podkładka na dnie garnka, w którym gotowano pościel z krochmalem, może służyć za wyrafinowaną ozdobę.

Teraz już rozumiem, czemu po całodziennej pracy z takimi cudami Wojtek ucieka do swojej kawalerki w Piechowicach. W dwudziestodwumetrowym mieszkaniu na poddaszu rządzi biel, która pozwala mu odpocząć od natłoku detali. Za oknem kojąco szumi rzeczka Kamienna.


Tekst: Natalia Gańko-Laska
Fotografie i stylizacja: Gutek Zegier

reklama
reklama