Zaczęło się banalnie. Rodzina Nilsenów marzyła o domku w górach. Pod ten domek kupili nawet idealną działkę, w idealnym miejscu – w wiosce Kikut niedaleko Geilo, najstarszego kurortu narciarskiego Norwegii. Przekładając na polskie warunki, to tak, jakby trafić do Poronina. Kiedy już wakacyjny chalet nabrał całkiem realnych kształtów, a każdy z domowników wiedział, co by chciał w nim mieć, któregoś dnia minęli przy szosie znak ze strzałką i napisem „Na sprzedaż”. Zaintrygował ich. Zatrzymali wóz, zawrócili. I wtedy okazało się, że spełnianie marzeń weszło w fazę gwałtownego przyśpieszenia.

 

To był w zasadzie taki dom, jaki sami zamierzali postawić. Powierzchnia 350 m², czyli na tyle duża, żeby ulokować w domu gości i mieć sporo miejsca dla siebie. A co było najbardziej niewiarygodne – na podłodze leżał dywan aubusson, francuska robota, coś, co Nina Skofterud Nilsen mogła potraktować tylko jako szczególny znak, uśmiech fortuny. Ale po kolei.

 

Lista urzeczeń całej rodzinki oglądającej dom była naprawdę długa. Chyba najwięcej emocji wywołała łazienka, a raczej olbrzymi pokój relaksu z sauną, jacuzzi, dziennym łóżkiem, na którym można polegiwać między jedną przyjemnością a drugą, czy stół do masażu. Nina oczami wyobraźni widziała na nim siebie, jak odpręża zbolałe mięśnie po narciarskim szaleństwie. Na drugim miejscu listy atrakcji znalazło się przyziemie, w którym urządzono salę kinowo-telewizyjno-muzyczną i miejsce do fitnessu, gdzie dało się też upakować cały sprzęt sportowy, stosik nart, desek snowboardowych i rowerów. Wszystkim bardzo podobał się także salon z dużym kamiennym kominkiem. Za wielkimi oknami majaczyły ośnieżone szczyty.

 

Styl prowansalski w skandynawskim krajobrazie

 

Dla Niny dom, którego nie trzeba od zera budować, miał jeszcze jedną wielką zaletę – mogła się w nim spełnić jako dekoratorka. I to bez żadnych wstępów. Ta zawołana frankofilka, amatorka stylu prowansalskiego i tamtejszej art de vivre, stała przed perspektywą zmiksowania całkiem odmiennych kultur. Musiała ustawić ludwiki i stylowe kandelabry w krajobrazie skandynawskim pośród drewnianych ścian. Zrobiła to ze smakiem. W salonie nie mogło zabraknąć stylowych mebli powleczonych jasnymi płótnami, aubussona czy żyrandoli z kutego żelaza (tu – uwaga – naprawdę jak z epoki, bo z autentycznymi świecami zamiast elektrycznych żarówek). Do kuchni wybrała białe szafki z witrynkami, a na ścianie powiesiła ozdobne porcelanowe talerze. Powstał przyjemny dla oka kontrast – surowe ściany z drewna i szary, kamienny kominek podgrzano finezyjnym detalem. Większość rzeczy pomogła jej ściągnąć Cille Jansholt, która regularnie organizuje wypady do Francji, by zaopatrzyć swój sklep Art of Life. To dzięki niej w przedpokoju Nilsenów stoi 300-letnia sofa.

 

Nilsenowie spędzają w wiosce Kikut weekendy, wakacje i, obowiązkowo, święta. Nie muszą zastanawiać się nad wyższością Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem, bo tutaj zawsze jest tak samo – pięknie i biało. Od października do kwietnia.

 

Tekst: Beata Majchrowska

Zdjęcia: Solvi Dos Santos/Hemis/East News; Stylizacja: Nina Nilsen/Hemis

 

reklama