Ogromna nowoczesna, otwarta przestrzeń to zderzenie dwóch światów – antyków i dizajnerskich pomysłów, które żyją zgodnie obok siebie, tworząc styl eklektyczny pewnej willi w Radości.  

 

Jeśli wam się wydaje, że wymarzony dom urządzamy raz na całe życie, jesteście w błędzie. Małgorzata Kochańska, architektka projektantka wnętrz, właścicielka studia Sztuka Wyboru, tworzy swoją willę wciąż na nowo, odkąd ją z mężem wybudowali według jej projektu. – Ciągle coś zmienialiśmy i przenosiliśmy z miejsca na miejsce – śmieje się. – Ciągoty do przestawiania mebli miałam już w dzieciństwie, mama rwała włosy z głowy. Teraz jest tak samo – gdy tylko dokończę urządzanie, zaraz pojawiają się kolejne plany i chcę zaczynać od nowa. Tylko czekam, aż wyprowadzi się syn. Znowu coś się zacznie dziać i będzie okazja do przewietrzenia wnętrz. Przy czym – trzeba dodać – w jej wykonaniu wietrzenie nie polega tylko na otwieraniu okien, ale też na wpuszczaniu świeżych pomysłów.

 

Nic dziwnego, że pół życia spędziła na budowie... własnego domu. Kiedy kupowali z mężem działkę w Radości z budynkiem do remontu, planowali, że postawią tu willę dla rodziców, w której po jakimś czasie razem zamieszkają. Był początek lat 90., od tamtej pory dom przeżył różne przebudowy, rozbudowy, wyburzanie ścian. W jednej wersji mieli nawet cztery garaże, które Małgorzata zlikwidowała i na ich miejscu urządziła sypialnię, a po jakimś czasie swoje studio projektowania i dekoracji wnętrz. Nazwała je Sztuka Wyboru, bo dobieranie przedmiotów, których pozornie nic nie łączy, to rzeczywiście wielka sztuka.

 

Najlepszym przykładem jest jej willa w Radości. Spójrzmy choćby na antyki. Solidne mieszczańskie meble gromadzone przez wiele pokoleń w obu rodzinach: męża, teściów, dziadków, babcie, a także mnóstwo zdobyczy z warszawskiego Koła. Można było dla nich urządzić przestrzeń niemal jak w muzeum. – Ale ja uwielbiam odrzucać utarte schematy, całe lata toczyłam o to boje – mówi Małgorzata. – Lubię też najnowsze trendy. Pasuje mi modna teraz biel, na jej tle wszystko wygląda porządnie. Jest nowoczesną i zarazem bezpieczną ramą, w której można umieszczać rzeczy pozornie z różnych bajek. Dzięki temu nawet spokojne mieszczaństwo sprzed 150 lat wygląda odlotowo. Z drugiej strony, gdyby ten dom był konsekwentnie urządzony żurnalowo, zgodnie z jakąś z góry przyjętą konwencją, na przykład czarno-biały, też natychmiast zaczęłabym dodawać przedmioty, które by ten porządek przełamywały.

 

Dlatego olbrzymi otwarty parter wciąż zaskakuje stylowym eklektyzmem: a to mocnym kolorem kanap, a to niekonwencjonalnym połączeniem mieszczańskiej jadalni ze złotymi krzesełkami po babci z supernowoczesną kuchnią ze stali zaprojektowaną przez panią Małgorzatę, do której prowadzą drzwi obite autentycznymi kurdybanami. Tu biedermeiery, obok stalowe stołki Tolix czy hokery Starcka. Z jednej strony kryształowy żyrandol, kilka kroków dalej reflektory rozpięte na stalowych linkach, oświetlające wyspę do gotowania jak scenę. A pod stopami, zamiast nobliwego, porządnie wypastowanego parkietu, oryginalna i trochę szalona podłoga. – Dzieło przypadku – śmieje się Małgorzata. – Naszym sąsiadem był kiedyś kamieniarz bałaganiarz, któremu nie chciało się wywozić marmurowych odpadków na wysypisko. Wszystko zakopywał w okolicy. Znaleźliśmy te marmury, gdy zakładaliśmy ogród. I postanowiliśmy zadbać o środowisko. Dzięki niemu mamy posadzki w domu i na tarasie.

 

Do mebli, nawet starych i cennych, gospodyni ma podejście użytkowe. Brak tu rzeczy na wysoki połysk, ciągle pucowanych, z których zdmuchiwany jest każdy pyłek. Dom to dom, tu się normalnie żyje, a nie poleruje eksponaty.

 

Przeczytaj także: Dom zagadka

 

reklama