Tea mieszkała w czterech krajach, w czterech różnych domach. Dlatego ten ostatni pod Warszawą ma trochę z pałacu i trochę z farmy.

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu, gdy Tea – Norweżka – przyjechała do Warszawy studiować medycynę. Studiów nie skończyła, za to w kawiarni poznała Irlandczyka Adriana. Wzięli ślub, wyjechali na jego ojczystą wyspę. Zajmowali się tam, jak śmieje się Tea, końmi, dziećmi i psami. Po dziesięciu latach stwierdziła jednak, że Irlandii ma już dość. Postanowiła wrócić do Polski – razem z mężem, końmi, dziećmi i psami. Dzieci jest trójka, koni sześć, a pies jeden – buldożek francuski o imieniu Bouillion.

 

– Przez kilka lat uprawiałam zawodowo skoki przez przeszkody. Z wiekiem jednak człowiek zaczyna się bać, więc zakończyłam karierę – wyznaje Tea. Wtedy doszła do wniosku, że zamiast płacić za wynajem domu, warto wybudować własny. Teraz pewnie zdecydowałaby się na inne miejsce, może w którejś ze starych dzielnic Warszawy. Ale wówczas była zbyt zajęta rodziną, by poświęcić więcej czasu na szukanie. Wybrała dom na małym osiedlu, na krańcach miasta, niedaleko podwarszawskiego Konstancina. – Gdy zlecałam projekt wnętrza, wiedziałam jedno: chcę mieć dużą kuchnię, dużą łazienkę i drewniane belki na suficie – mówi gospodyni.

Dom Tei i Adriana nie przypomina prostych i nieco ascetycznych skandynawskich wnętrz. – To dlatego, że mieszkałam w Norwegii, Irlandii, Polsce i Prowansji – tłumaczy właścicielka. Wychowała się na farmie przy granicy szwedzkiej i ma sentyment do rustykalnych wnętrz. Stąd drewniane belki na suficie oraz charakterystyczny kamienny kominek w kuchni, z dużym gzymsem. Typowe wyposażenie norweskiej wiejskiej kuchni, gdzie zimą można się ogrzać, siadając właśnie na gzymsie. Odpowiedni charakter nadają też holenderskie, malowane na niebiesko płytki. Dom jest ogrzewany pięknym kaflowym piecem zrobionym na zamówienie w Sandomierzu.


Cały dół zajmują kuchnia, schowek i duży salon połączony z jadalnią, zaprojektowany przez Maison Creative. Wcześniej były tu aż trzy pomieszczenia, ale ściany zostały wyburzone, by zrobić miejsce dla ogromnej wyspy z zamocowanym nieco niżej, krytym marmurem blatem, na którym można i wyrabiać ciasto, i zrobić szwedzki stół.
Nad kominkiem wisi obraz irlandzkiej malarki Nicoli Russell, przedstawiający źrebaka. – To śmieszna historia, bo gdy koń z tego obrazu dorósł, wygrał wszystkie możliwe nagrody na gonitwach w Stanach – opowiada Tea. – Jego właścicielem był jakiś szejk, który poprzez malarkę szukał płótna, bo chciał je odkupić. Do transakcji ostatecznie nie doszło, ale pozostały zabawne wspomnienia.

Do sztuki, tak jak do życia, podchodzi z dystansem i humorem. Nad kominkiem wiszą portrety zwierzaków, a obrazy Jerzego Nowosielskiego sąsiadują z portretem najsłynniejszej włoskiej kawiarki mocca.

Górę domu zajmuje pięć sypialni oraz łazienki, w tym jedna inspirowana pomieszczeniem w zamku w Lichtensteinie. Dla Tei najważniejsza była jednak praktyczność. No i oczywiście chodziło o to, żeby dom miał odrobinę skandynawskiego ducha, choćby w jasnych pastelowych kolorach i drewnianych podłogach. – To taki wiejski, nieco sentymentalny feeling, który przywołuje na myśl rodzinne strony – mówi właścicielka.

 

POLECAMY TAKŻE: Urządzamy dom w stylu eklektycznym

Tekst: Stanisław Gieżyński
Stylizacja: Dorota Karpińska
Zdjęcia: Aleksander Rutkowski

reklama